
REKLAMA
Josie po latach życia na walizkach wraca z mamą do rodzinnego miasta. Jest to dla niej kolejny przystanek w podróży – po skończeniu szkoły chce przenieść się na Zachodnie Wybrzeże, by zamieszkać i uczyć się u swojego ojca, cenionego fotografa.
Plany krzyżuje jej Lucky – przyjaciel z dzieciństwa, który ponownie pojawia się w jej życiu. Choć chłopak zdaje się nie chcieć mieć z nią nic wspólnego, to, gdy Josie wpada w kłopoty, Lucky bierze całą winę na siebie. Zaintrygowana postanawia nie spocząć, dopóki nie odkryje powodów stojących za zachowaniem chłopaka, przy okazji ucząc się, że może nie są tak różni, jakby się to mogło wydawać.
Jenn Bennett nie zawodzi w kolejnych powieściach. Jej historie są lekkie, przyjemne, z głębszym przesłaniem. Tym razem obok historii o podążaniu za marzeniami i odbudowywaniem dawnej przyjaźni, jest to historia o rodzinie. O tym, co tę rodzinę tworzy, co ją niszczy i czym są tak naprawdę więzy krwi. I o tym, że rodzina nie zawsze będzie tą, która zrozumie i wysłucha. O tym, czy konflikt ciągnący się przez lata może się kiedyś zakończyć i na ile głębokie nieporozumienia są w ogóle możliwe do zażegnania. A wszystko to oplecione rodową klątwą ciążącą na kobietach w ich rodzinie.
„Wszystkie znaki na niebie i ziemi” to najnowsza powieść Jenn Bennett, kolejna, która ukazała się po polsku. Dotychczasowo wydane pozycje w wydawnictwie IUVI były bez zarzutu – tym razem jednak zdarzyło się kilka kiksów sprawiających, że coś nie brzmiało podczas lektury książki. Nie wiem, czy to kwestia tłumacza (każdą z trzech powieści tłumaczyła inna osoba), czy stosunkowo krótki czas na wykonanie przekładu (książka wydana była zaledwie parę miesięcy po swojej anglojęzycznej premierze).
Te drobne kiksy nie kładą się jednak cieniem na całej powieści. Bennett stworzyła bowiem przyjemną do czytania fabułę, która leniwie się rozwija– niczym wakacyjne dni, podczas których akcja powieści się rozgrywa. Mimo swojego niespiesznego tempa stosunkowo dużo się dzieje, ale też nie wszystko zostało dostatecznie rozwinięte, momentami ma się więc poczucie niedosytu (brakuje choćby rozwinięcia wątków z przeszłości i ukazania jej samej trochę szerzej). Jasne, wszystko składa się w jedną spójną całość, ale czuć, że wszystko grałoby lepiej, gdyby autorka miała te dodatkowe 20-30 stron.
„Wszystkie znaki na niebie i ziemi” Jenn Bennett to idealna młodzieżówka na typowy leniwy, jesienny wieczór, żeby przypomnieć sobie atmosferę wakacyjnych dni. Nie dorównuje być może poprzednim jej tytułom, wciąż jednak jest to dobra rozrywka.
Marta Kraszewska
Marta Kraszewska
