Brit Bennett
Moja znikająca połowa
Brit Bennett Moja znikająca połowa Wydawnictwo Agora

Mallard, mieścina gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych. To tu mieszkają ludzie zbyt biali, by uznać ich za czarnych, a którzy zgodnie z zasadami rasowymi, nie mieli szans, żeby uznano ich za białych. Miejsce przeklęte, bowiem zmusza do pozostania na miejscu, wśród sobie podobnych ludzi, do kultywowania podległości wobec tych, którzy z mocy prawa i dziedzictwa krwi, byli biali i niechęci, a nawet pogardy wobec tych o znacznie ciemniejszej karnacji.

REKLAMA
Tak, to z tego miejsca w latach pięćdziesiątych XX wieku uciekają dwie siostry. Tęsknota za lepszym życiem, którą obie nasze bohaterki rozumieją po swojemu, zaprowadzi je dwiema, jakże innymi drogami. Dla Desiree droga ta zakończy się znowu w Mallard, Stella znajduje swe szczęście o boku zamożnego mężczyzny, przed którym kryje swoje pochodzenie. W tak dużym kraju jak Stany Zjednoczone spotkanie córek obu kobiet wydaje się niemożliwe, a jednak konfrontacja zarówno z własną przeszłością, z własnymi korzeniami i dotychczasowym poczuciem tożsamości następuje, bowiem nie sposób przez całe życie okłamywać samego siebie.
Ckliwa historia, powiecie i zapewne będziecie mieć troszkę racji. Pamiętajmy jednak o tym, że Brit Bennett kieruje swoją książkę do czytelnika amerykańskiego. Do WASP-ów i białej hołoty, do świeżo przybyłych i tych zasiedziałych od pokoleń. A jej przekaz jest prosty i jasny, jest ponadnarodowy i ponad kulturowy. Jesteś tym kim chcesz być i każdy Twoją decyzję musi zaakceptować. Nie wolno nikogo postrzegać przez pryzmat koloru skóry czy seksualności. Twego człowieczeństwa nie może przekreślić żaden stereotyp czy zwykła ludzka podłość. Jako człowiek jesteś bowiem bytem, którego wybór musi być przez każdego uszanowany. Dlatego ta książka jest ważna nie tylko dla przeciętnego Amerykanina, ta powieść, czasem nieco łzawa, wydawać by się mogło, że pisana raczej dla kobiet, przemyca do naszej świadomości coś, co być może czasami odrzucamy.
Tolerancję.