Jill Lepore
My, naród
Nowa historia Stanów Zjednoczonych
Jill Lepore My, naród Nowa historia Stanów Zjednoczonych Wydawnictwo Poznańskie

Kilka lat temu mój przyjaciel z dzieciństwa opowiedział mi pewną historię. Starając się o prawo pobytu w Stanach Zjednoczonych miał problem z wypełnieniem jednego z punktów ankiety. Pochodzenie etniczne. Z tym polski Mulat, wychowywany pod wpływem dwóch kultur, miał spory problem. Jego wątpliwości spotkały się ze śmiechem. Tu jest Ameryka, usłyszał, tu masz prawo czuć się tym, kim chcesz.

REKLAMA
W historii Stanów Zjednoczonych najtrudniej jest określić jej początek. Wielu historyków za początek uznaje przybycie na statku Mayflower pierwszych osadników, Jill Lepore za początek historii uznaje odkrycie Ameryki przez Krzysztofa Kolumba. W swym monumentalnym opracowaniu podzieliła amerykańską historię na cztery części. Okres do 1799 roku oznaczał tworzenie zrębów państwowości, okres do wybuchu wojny secesyjnej to lata budowania i ekonomicznego umacniania kraju. Wreszcie okres do zakończenia wojny oznaczał wkroczenie nowoczesnego organizmu państwowego na drogę światowego mocarstwa i dopasowanie się do przyszłej roli, opisanej w czwartej części, czyli do roli światowego żandarma. Ale historia amerykańska to nie tylko polityczne i militarne zmagania narodu posklejanego z przybyszy z różnych zakątków świata. To również, a może nawet przede wszystkim, historia postrzegania przez amerykańskie prawodawstwo podmiotów uprawnionych do wolności przynależnej pełnoprawnym obywatelom. Preambuła konstytucji mówi o zbiorze praw i o gwarancji dobrodziejstwa wolności dla każdego obywatela. Przez lata pojęcie obywatela zagwarantowane było dla grupy, która dziś określana jest mianem WASP-a. Biały protestant angielskiego pochodzenia należał do elity ludzi wolnych, a pełne pawa obywatelskie posiadał jedynie mężczyzna biały. Trzeba było dopiero wojny secesyjnej, by prawa obywatelskie rozszerzyć na kolorowych mieszkańców Ameryki, a potem jeszcze kilkudziesięciu lat, by pełne prawa otrzymały kobiety oraz by przyznać pełnię praw mniejszościom seksualnych. Oczywiście jako kraj Stany Zjednoczone nie są rajem na ziemi, już trudno nam powtarzać za Wiesławem Myśliwskim, że wszędzie gdzie nas nie ma jest Ameryka, synonim krainy mlekiem i miodem płynącej. Pewnie w zagadnieniach społecznych czy praw pracowniczych, ochrony ekonomicznie najsłabszych jest tam wiele do zrobienia, patrząc jednak na ewolucję amerykańskiego prawodawstwa, na ewolucję amerykańskiego spojrzenia na kwestię społeczne, możemy być pewni, że i w tych kwestiach zmieni się jeszcze wiele.
Ale co jest najpiękniejsze w samej Ameryce, co zachwyca, choć potrafi i irytować. To poszanowanie wolności, z której Amerykanie nie potrafią zrezygnować. Każdy, kto zechce w jakikolwiek sposób złamać przepisy powołane intencją ojców założycieli, może spodziewać się sprzeciwu, choćby wyrażonego przy urnie wyborczej.
Bo to Ameryka.