
Prekariusze. To słowo w ciągu ostatnich lat zrobiło polityczną i medialną karierę. Ludzie, którzy pracują za minimalne stawki, pozwalające na skromne utrzymanie się, ale nie pozwalające na wygospodarowanie nawet minimalnych oszczędności. Jak jednak wygląda ich życie? w rolę prekariusza wcielił się brytyjski dziennikarz James Bloodworth.
REKLAMA
Amazon, prywatna opieka społeczna, uber. Niby normalne miejsca pracy, a jednak pracownik nie identyfikuje się z nimi, wstydzi się swej pracy. I nic dziwnego. Duma z bycia częścią dużego zakładu znikła, podobnie jak duma z bycia robotnikiem. Minęły czasy, kiedy robotnik mógł szybko zmienić pracę, minęły czasy, kiedy liczył na skuteczną ochronę związków zawodowych. Czasy, kiedy narzekał na swoich przełożonych przy kufelku piwa, ale nie dał powiedzieć złego słowa o swej kopalni czy hucie, także odeszły w siną dal. Reformy Thatcher zmieniły obraz Wielkiej Brytanii, a globalizacja i napływ emigrantów dodatkowo skomplikowały brytyjski rynek pracy. Konkurencja, elastyczny rynek pracy, pozwalający na zawieranie umów śmieciowych, lub narzucających sztywny, nierealny reżim pracy. Frustrujące, prawda? A jednocześnie jakby nam znane, mimo, że Autor pisze o Wielkiej Brytanii. I tu rodzi się refleksja. Jak pogodzić zmiany we współczesnym świecie z liberalizmem gospodarczym? Jak znaleźć złoty środek między efektywnością produkcji czy usług, a sprawiedliwością społeczną? Nawet jeśli nasze poglądy gospodarcze są daleko liberalne, pamiętać musimy, że właśnie ci ludzie, ignorowani, nigdy nie wysłuchani, podjęli decyzję o brexicie, że ludzie im podobni wynieśli Trumpa do władzy i kilka dni temu próbowali zaatakować Capitol. Wreszcie ci sami ludzie dali się przekonać ochłapem w postaci 500+ i stali się współwinni łamania konstytucji czy ograniczaniu praw obywatelskich w Polsce. Radykalizm bowiem rośnie w głodzie i niedostatku, a umiera, kiedy ludzie są zadowoleni i syci. Tak więc nawet jeśli nie z empatii czy lewicowych przekonań, a z obawy przed władzą szalonych radykałów, powinniśmy ograniczyć zapędy związane z generowaniem wysokich zysków kosztem pracowników, kosztem łamania ich praw. Inaczej, w sytuacji pocovidowskiego kryzysu, czeka nas przyszłość równie mroczna, co trudna do wyobrażenia. I to jest właściwa lekcja, której udzielił nam James Bloodworth.
Nie zmarnujmy jej.
