Uważamy się za naród wybrany, wyjątkowy przez swe zalety i dziejowe niesprawiedliwości jakich doświadczamy. W swoim egocentryzmie i poczuciu wspaniałości jesteśmy krok od powtórzenia słów szeregowego Orzeszki z filmu „Gdzie jest generał?” i traktujemy jak wroga każdego, kto sądzi inaczej. I nagle pisze o nas amerykański historyk, a my, nastawieni negatywnie do jego przekazu nagle zaczynamy rozumieć, że facet ma rację i tym samym nasze samozadowolenie odchodzi w daleką przeszłość.
REKLAMA
Wyjątkowość polskiej historii jest tak naprawdę winą naszych nauczycieli. To oni, realizując podstawy programowe wpoili nam przekonanie o wspaniałości naszych przodków. Do tego wpajano nam słowa wieszcza narodowego, który utrwalił w nas przekonanie o cierpieniu Polski za całą ludzkość. Sprytnie zaś napisane podręczniki omijały wszelkie analogie przeczące tej tezie, jakby samo dopuszczenie myśli, iż wszelkie nieszczęścia, które przez wieki nas spotykały były czymś wyjątkowym. Tkwimy więc od lat w romantycznym przekonaniu o wspaniałym narodzie, któremu zadziała się krzywda niesprawiedliwa i nigdy nie naprawiona. I chyba dlatego koszmar i krzywdy II wojny światowej przeżywamy tak, jakby ta dopiero co się skończyła. A przecież tworzenie czegoś, co możemy określić mianem wspólnoty narodowej jest tak samo świeże, jak istnienie partii nacjonalistycznych, współczesne zaś pojęcie patriotyzmu dalece odbiega od tego, jak takowy postrzegała husaria czy powstańcy styczniowi.
Jesteśmy narodem jak najbardziej zwyczajnym, a nieszczęścia, jakie spotykały nas przez wieki były tylko zwyczajną konsekwencją starej prawdy politycznej, z której wynika supremacja silniejszego nad słabszym. Naród, we współczesnym tego słowa znaczeniu nie istniał aż do połowy XIX wieku, wynaradawianie było powszechne zarówno w Europie jak i Ameryce. Odzyskanie zaś niepodległości w 1918 roku nie czyniło nowego tworu państwowego spadkobiercą Rzeczpospolitej Obojga Narodów, ale nowego tworu państwowego. Piszemy więc swoje mity narodowe nie zważając na to, że zaczyna już nas samych śmieszyć, a nawet irytować ta wizja. Stajemy się kimś kto tak naprawdę sam dla siebie jest przeszłością i przyszłością. Zdajemy sobie z tego sprawę w czasie pseudohistorycznych rekonstrukcji, tworzonych pod pewną tezę, równie prawdziwych w realiach historycznych, co uczciwych w zamiarach pomysłodawców. I dzięki wielkie należą się historykowi z Michigan za to, że próbuje nam otworzyć oczy, czyniąc to może brutalnie, ale z szacunkiem i sympatią, czego nie można powiedzieć o powieści Jarry czy polskim akcencie Hamleta.
Doceńmy to.
