
Jeśli miałbym opisać tę książkę w kilku słowach powiedziałbym - kawał dobrej literatury wspomnieniowej. Czytelnik nie znajdzie w niej tanich sensacyjek w stylu "aktorka X miała romans z aktorem Y", zabraknie w niej też rozterek emocjonalnych. Znajdzie jednak Czytelnik nieco subiektywną historię polskiego kina. Subiektywną, bo pisaną z pozycji kogoś, kto ją tworzył.
REKLAMA
Nie ma chyba nikogo z dorosłych Polaków, kto nie zetknął się z twórczością Stanisława Różewicza. Ci, którzy twierdzą,że jest inaczej, zmienią zdanie, dowiadując się,że był reżyserem filmu Westerplatte. O ile jednak można sobie wyobrazić kogoś, kto nie widział żadnego z filmów Różewicza, o tyle nie będzie możliwym znalezienie kogoś, kto by nie widział produkcji Zespołu filmowego TOR.
Przygoda Różewicza z filmem zaczęła się wcześnie, bo w 1946 roku. Praktycznie do końca swego życia pracował w filmie, nie tylko jako reżyser, ale scenarzysta i aktor. Tworzył sugestywne filmy, które łatwo by wziąć za dokumenty. Trudno o lepszy komplement dla twórcy niż pomyłka jaka zdarzyła się Erwinowi Leiserowi, który przekonany o wykorzystaniu w filmie "Miasto nieujarzmione" niemieckich kronik filmowych, wykorzystał fragment filmu , w którym Stanisław Różewicz gra niemieckiego żołnierza burzącego Warszawę. Taka pomyłka równa jest nagrodom, jakie otrzymywały filmy tworzone przez Różewicza.
Ale "Było, minęło.." to nie tylko relacja z tego, jak Stanisław Różewicz ukształtował polskie kino. To przede wszystkim historia ludzi, którzy pracowali z naszym wybitnym reżyserem czy realia w jakich przychodziło im pracować. Doprawdy włos się nam jeży na głowie, gdy uświadomimy sobie, że w pierwszych powojennych filmach aktorzy używali ostrej amunicji, a zadaniem reżysera było sprawdzenie, czy przez przypadek nie doszło do jakiś tragicznych wypadków na planie filmowym.
Nie tylko taki "czarny humor" zajmuje karty książki. Różewicz pisze o swoich zmaganiach z cenzurą. O tym jakie naciski stosowano, by zmienić film niosący niebezpieczne, z punktu widzenia rządzących, treści. I w tym momencie czytający mój tekst może pomyśleć, że Różewicz pragnie przywdziać "szaty martyrologiczne". Nic bardziej błędnego. Autor uważał okres PRL za najlepszy dla rozwoju polskiego kina. Reżyserzy nie musieli martwić się o fundusze na realizację filmu i swoje wysiłki mogli skupić na nakręcenie naprawdę dobrego filmu.
I o tym również powinni pamiętac ci, którzy marzą o "rozliczaniu PRLu"
Przygoda Różewicza z filmem zaczęła się wcześnie, bo w 1946 roku. Praktycznie do końca swego życia pracował w filmie, nie tylko jako reżyser, ale scenarzysta i aktor. Tworzył sugestywne filmy, które łatwo by wziąć za dokumenty. Trudno o lepszy komplement dla twórcy niż pomyłka jaka zdarzyła się Erwinowi Leiserowi, który przekonany o wykorzystaniu w filmie "Miasto nieujarzmione" niemieckich kronik filmowych, wykorzystał fragment filmu , w którym Stanisław Różewicz gra niemieckiego żołnierza burzącego Warszawę. Taka pomyłka równa jest nagrodom, jakie otrzymywały filmy tworzone przez Różewicza.
Ale "Było, minęło.." to nie tylko relacja z tego, jak Stanisław Różewicz ukształtował polskie kino. To przede wszystkim historia ludzi, którzy pracowali z naszym wybitnym reżyserem czy realia w jakich przychodziło im pracować. Doprawdy włos się nam jeży na głowie, gdy uświadomimy sobie, że w pierwszych powojennych filmach aktorzy używali ostrej amunicji, a zadaniem reżysera było sprawdzenie, czy przez przypadek nie doszło do jakiś tragicznych wypadków na planie filmowym.
Nie tylko taki "czarny humor" zajmuje karty książki. Różewicz pisze o swoich zmaganiach z cenzurą. O tym jakie naciski stosowano, by zmienić film niosący niebezpieczne, z punktu widzenia rządzących, treści. I w tym momencie czytający mój tekst może pomyśleć, że Różewicz pragnie przywdziać "szaty martyrologiczne". Nic bardziej błędnego. Autor uważał okres PRL za najlepszy dla rozwoju polskiego kina. Reżyserzy nie musieli martwić się o fundusze na realizację filmu i swoje wysiłki mogli skupić na nakręcenie naprawdę dobrego filmu.
I o tym również powinni pamiętac ci, którzy marzą o "rozliczaniu PRLu"
