Elif Shafak
Bękart ze Stambułu
Elif Shafak Bękart ze Stambułu Wydawnictwo Poznańskie

Nie będziesz przeklinać niczego, co spada z nieba. Nawet deszczu.

REKLAMA
Pierwsze zdanie książki powinno urzec i zmusić do tego, by doczytać ją do ostatniej kropki. Elif Shafak rozumie to chyba dobrze, skoro właśnie tak zaczyna książkę o trudnej historii swej ojczyzny. Rzeź Ormian 1915 roku, zbrodnia, o której w Turcji się milczy. Antutureckość, słowo klucz, miało napiętnować Autorkę, wywołać powszechne oburzenie i proces o „obrazę tureckości”. Patriotyzm, jak wiemy, jest ostatnim schronieniem wszelkiej maści nie tylko szubrawców, ale i tchórzy, unikających konfrontacji z trudną przeszłością.
Wróćmy jednak do samej książki. To historia dwóch skoligaconych rodzin. Mieszkający w Stanach Zjednoczonych Ormianie są skoligaceni ze stambulską rodziną Turków. Turek ojczymem Ormianki? Już samo to wydaje się czymś nienormalnym, dziwnym, wręcz obrazoburczym. W Ormianach pamięć masowych mordów jest świeża, rany niezatarte, niezapomniane. Nic dziwnego, wszak oprawcami byli często ich znajomi, kupujący w ich sklepach, ludzie, których spotykali każdego dnia. Tureckość w ich oczach wyglądała na bezmyślne działanie janczarów, fanatycznych obrońców Sułtana, rzezimieszków bez korzeni, przeszłości, przyjaciół. Nie trzeba się nawet wychowywać w takiej atmosferze, by patrzeć na Turków z niechęcią. Cóż więc skłoniło amerykańską Ormiankę, by poznać rodzinę swego ojczyma? Osoba samego ojczyma, czy może chęć poznania narodu morderców? Taka konfrontacja musi mieć wpływ na obie strony. Każda uświadamia sobie nagle, nie tylko racje tej drugiej, ale i własne winy, własne, niesprawiedliwe osądy, działania, czy nawet uczynki. Nie dochodzi jednak do czegoś, co moglibyśmy uznać za jakiś konsensus. I być może czytelnik poczuje niedosyt, choć powinien sobie uświadomić, że inaczej być nie mogło. To za wcześnie, mimo, że od rzezi minęło ponad sto lat, by zasypywać rowy, niszczyć barykady i wznosić pomniki pojednania. Elif Shafak wie doskonale, że pojednania polityczne będą tylko fasadą, jeśli nie będzie im towarzyszyć pojednanie zwykłych ludzi. A to jest najtrudniejsze, bowiem rany, choć pozornie zabliźnione, jeszcze bolą, są praktycznie świeże, bo przekazywane z pokolenia na pokolenie. Czy można jednak przerwać tę spiralę narodowej niechęci? Proces o antytureckość temu zaprzecza i to chyba bardziej przemawia niż brak spodziewanego zakończenia.
A nam tylko pozostaje świadomość, iż w naszej rodzimej wrażliwości narodowej cholernie blisko nam do Turków.