Wojciech Chmielewski
Jezioro Dargin
Wojciech Chmielewski Jezioro Dargin Wydawnictwo Czytelnik

Ludzie mogą być albo idealni, albo prawdziwi. I jednych, i drugich dotyka nieszczęście i to od nich samych zależy, czy się z niego podniosą.

REKLAMA
Kiedy nasze życie legnie w gruzach warto na chwilę zmienić klimat, by spojrzeć na dotychczasowe dni i na nieszczęścia, które nas spotkały z perspektywy miejsca, gdzie niby znamy wszystko, ale wszystko wydaje się nowe. Dla naszego bohatera i narratora jednocześnie miejscem takim jest mazurskie jezioro Dargin. Dla żeglarzy nazwa ta jest szczególna, niewielkie jezioro, ale nie sposób go ominąć, jeśli planuje się odwiedzić kultowe dla wszystkich żeglarzy miejsce- Sztynort. Dodatkowo otwarta przestrzeń jeziora bywa wyzwaniem, zwłaszcza dla początkujących żeglarzy. Tu wiatry bywają dość gwałtowne i nawet ci bardziej doświadczeni ich nie lekceważą. Jednocześnie w tym miejscu można poczuć się odizolowanym od zgiełku wodnej turystyki. Żaglówki przepływają to w kierunku Giżycka czy Węgorzewa, to w stronę Sztynortu i raczej rzadko zatrzymują się u brzegów Dargin. Nasz bohater postanawia właśnie w tym miejscu odpocząć od Warszawy i tego, co go spotkało. Zwolnienie z pracy i śmierć najlepszego przyjaciela. To dużo, nawet w dzisiejszym, cynicznym świecie pośpiechu i pędu ku bogaceniu się. Nasz bohater odstaje od współczesnego świata. Zamknięty w sobie dopiero tu może przeanalizować swoje życie, historię przerwanej przyjaźni i sporządzić bilans swego życia. Wydawać by się mogło, że to książka przepełniona optymizmem. Czy aby na pewno? Wprawdzie coś się bezpowrotnie kończy, ale my nadal żyjemy, życie, nasz świat, nasze otoczenie, trochę zmienione, trwa nadal. Możemy więc spojrzeć w przyszłość z optymizmem i nadzieją. Ale co nam to życie ofiarowuje? Pracę w korporacji, uczestnictwo w wyścigu szczurów i ciągłe rozmienianie na drobne danych nam talentów? Czy może życie „ludzi prawdziwych”, bywalców knajp i barów, którzy pomiędzy jednym a drugim kieliszkiem gorzałki poklepią po ramieniu, wypowiedzą kilka słów pocieszenia, a nade wszystko nie będą oceniać, ani udzielać „dobrych rad”. A może jest trzecia droga, wyjście z intelektualnej bańki, jaką sami sobie stworzyliśmy, wyjście w stronę życia prawdziwego, ale nie tego spędzanego w barach czy domowych oparach alkoholu, ale smakowanie codzienności?
Na to pytanie Autor nie udziela nam odpowiedzi. Czyżby jej nie znał?