
Głębokie średniowiecze, synonim niewiedzy, ciemnoty, dość prymitywnego myślenia. Wszak, jak podaje Maja Iwaszkiewicz, to właśnie pod koniec XV wieku skazano koguta, podejrzanego o zniesienie jajka, na stos za zaprzeczenie swej naturze. Przenieśmy się może w tamte czasy, by zobaczyć zwierzęta oczami ludzi żyjących przed kilkoma stuleciami.
REKLAMA
Pamiętacie Tolkiena? Ogry, mężczyzna przeistaczający się w niedźwiedzia, rozumne konie… Ten świat zdaje się wracać, kiedy czytamy o średniowiecznym postrzeganiu przyrody. Znajdziemy tam jednorożce, ludzkie mutanty, zwierzęta przedstawiane w sposób tak nienaturalny, jakby rysowały je dzieci. Znajdziemy też pierwsze ogrody zoologiczne, zakładane dla zabawy możnych i pierwsze eksperymenty zoologiczne, przypominające dowcipy o radzieckich naukowcach. Uznanie zwierząt za istoty rozumne i procesy im wytaczane. Śmieszne? Być może, ale to jest nasze dziedzictwo, dziedzictwo cywilizacji europejskiej.
Maja Iwaszkiewicz zabiera nas w podróż do średniowiecza. Wchodzimy w tę zamierzchłą epokę w sposób naturalny, bowiem nasz przewodnik snuje barwną, upstrzoną anegdotami opowieść, tak, że czytelnik nie chce przerywać choć na chwilę tej wycieczki. Zaczynamy widzieć jednorożce, gryfy i syreny, rozumiemy dlaczego nasi przodkowie stosowali dietę iście wegetariańską i dochodzimy do wniosku, że średniowiecza nie sposób utożsamiać z ciemnotą. Brak dostępnej wiedzy i zapełnianie luk fantazją jest czymś innym niż ignorowanie dostępnych informacji. Pochylmy więc może głowy nad naszymi przodkami, nie byli tacy głupi jak myślimy….
Choć możemy się pośmiać z ich fantazji.
