
Problem relacji syn-ojciec, ten pozorny konflikt pokoleniowy poruszany był w wielu książkach. W żadnej jednak nie znalazłem tak bliskiej mi relacji. Być może wszyscy mężczyźni, którzy urodzili się, gdy ich ojcowie byli panami w średnim wieku mogliby powiedzieć to samo. Wydaje mi się jednak, że jeszcze jedno łączy mnie i Miljenko Jergowica … Pozostawmy jednak te osobiste dywagacje. Jergović bowiem wychodzi daleko poza relacje syn – ojciec. Książka ta jest krytyczną recenzją współczesnych Chorwatów.
REKLAMA
Właściwie to chyba przez całe życie poznajemy i próbujemy zrozumieć rodziców. Nasza ocena zmienia się wraz ze zdobywaniem życiowych doświadczeń, zdobytej wiedzy, emocjom. Początkowo jesteśmy rewolucyjnie nastawieni. Starsze pokolenie zupełnie nie ma racji, my jesteśmy wspaniali i najmądrzejsi, chcemy zmienić świat i wierzymy we własną siłę. Dopiero kiedy przełkniemy gorzki smak pierwszego kompromisu, jesteśmy w stanie oceniać w sposób mniej surowy. Co zrobić jednak, gdy ten, wobec którego podnosimy nasz pierwszy bunt, ojciec, właściwie nie ma wad, właściwie nigdy nie zawierał kompromisów chwili? Jak tu zbuntować się wobec chodzącego ideału? Bunt taki skończy się kuracją w szpitalu psychiatrycznym, jego konsekwencją może być silne uzależnienie do substancji czasowo poprawiających nastrój lub załamanie nerwowe. Taki jednak scenariusz nie spotkał Autora. Jako dziecko z rozbitej rodziny nie przebywał na co dzień z ojcem, nie musiał więc codziennie udowadniać mu, że jest inny. Mógł więc obserwować ze szczyptą krytycyzmu wysiłki swego ojca, który z doskoku kształtował jego osobowość. Przyznać należy, że Jergović – senior, jako ojciec niedzielny sprawował się bez zarzutu. Nie narzucał swemu dziecku własnego postrzegania świata, nie kreował siebie na bohatera czy osobę skrzywdzoną przez los. Na dobrą sprawę syn nic nie wiedział o heroicznej, wojennej przeszłości swego ojca. Znał jednak i potrafił właściwie ocenić różne postawy innych członków swej rodziny. Podziały II wojny ukształtowały bowiem podziały w społecznościach zamieszkujących Bałkany, co zaowocowało krwawymi masakrami na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Przypadek decydował o tym, kto stanął po danej stronie barykady. Jergović – junior krytycznie ocenia naród chorwacki. Chorwatom udało się wypromować się na ofiary bestialstwa serbskiego. Blokada Sarajewa, czystki etniczne i gwałty. Wszystko to robili przecież Serbowie. Żadna ze stron konfliktu nie miała jednak czystych rąk. O zbrodniach Chorwatów czy Muzułmanów słyszymy rzadziej, bowiem nie miały tego serbskiego rozmachu, sprawcy bali się być porównani do Serbów, skrzętnie ukrywali więc popełnione zbrodnie i o wiele wcześniej ich zaprzestali. Nie bez znaczenia jest to, że dziennikarze uwielbiają przedstawianie konfliktów w relacji kat-ofiara. Jak trafić do odbiorcy z przekazem „ofiara też bywa katem”? Po czyjej stronie miała by opowiedzieć się opinia publiczna? Autor rozumie to, rozumie jednak, że zmiany, które następują na Bałkanach idą w dziwnym kierunku. Oto nie liczy własna tożsamość narodowa. Liczy się to, czy zaczynamy nienawidzić swego dawnego sąsiada, czy mówimy o doznawanych krzywdach, czy kreujemy poczucie własnego zagrożenia, w końcu zaś liczy się do świadomości narodowej wyznawana religia. W takich społecznościach ktoś taki jak Autor czy jego ojciec jest podejrzany- jeśli nie kreuje się jako ofiarę znienawidzonych „onych”, jeśli jest ateistą, jeśli nie przypomina o narzuconym jarzmie, narzuconej woli tych, których wokół niego być nie powinno, jest podejrzany, albo nawet jest wrogiem. Czy ktoś taki może być więc Chorwatem wśród Chorwatów? I w tym właśnie momencie próby Ojciec zdobył ostateczne uznanie syna. Pozostał sobą, tym samym lekarzem, który nie dzielił ludzi według wyznania czy narodowości, nie mówił o krzywdach ani nie nawoływał do walki. Pozostał więc podejrzanym w spolaryzowanym społeczeństwie.
Po przeczytaniu Ojca mamy wrażenie, że ominęło nas coś strasznego. Ominęła nas bowiem nienawiść odczuwana ze strony naszych sąsiadów, ominęła nas konieczność dokonywania trudnych wyborów, ominęła nas wreszcie wojna, taka, w której nie ma zwycięzców, wszyscy są pokonani. I dlatego powinniśmy sprzeciwić się tym, którzy wołają do nas głosami Slobodana Miloszewicia i Franjo Tudmana
Po przeczytaniu Ojca mamy wrażenie, że ominęło nas coś strasznego. Ominęła nas bowiem nienawiść odczuwana ze strony naszych sąsiadów, ominęła nas konieczność dokonywania trudnych wyborów, ominęła nas wreszcie wojna, taka, w której nie ma zwycięzców, wszyscy są pokonani. I dlatego powinniśmy sprzeciwić się tym, którzy wołają do nas głosami Slobodana Miloszewicia i Franjo Tudmana
