
Niedługo minie sto lat od tej podróży. Pisarz, poeta, dziennikarz, emigrant rusza w podróż po Bliskim Wschodzie. Dziennik z tej podróży, zbiór refleksji i osobistych przemyśleń , zaskakuje, ale też pozostawia uczucie niedosytu. Bowiem Marai do końca życia pozostał człowiekiem tej starej epoki, człowiekiem XIX wieku.
REKLAMA
Bliski Wschód, niegdyś część imperium osmańskiego, po wielkiej wojnie zarządzane przez dwa zwycięskie mocarstwa, fascynował Europejczyków od niepamiętnych lat. Mit wypraw krzyżowych, nimb ziemi świętej, wreszcie hedonistyczne legendy o rozwiązłych niewiastach, jedynych, które potrafią fizycznie zadowolić mężczyznę. To wszystko wystarczyło, by tłumy ludzi ruszało w drogę, by przeżyć podróż swego życia. Co było powodem podróży młodego, dobrze zapowiadającego się pisarza, tego nie wiemy, możemy jedynie snuć domysły, analizując poszczególne wydarzenia z jego życia. Nie motywy są jednak istotne, ale treść relacji Maraia. Przede wszystkim bliskowschodnia sceneria jest tylko pretekstem, by jeszcze raz spojrzeć na problemy Europy, by spojrzeć świeżym wzrokiem na przemiany dawnej części Imperium, wreszcie, by spojrzeć na samego siebie. Marai w swych zapiskach kreował się na XIX wiecznego romantyka, tęskniącego za starym porządkiem, w rzeczywistości jednak dość trzeźwo i trafnie oceniał zmiany, które zaszły na świecie. Jednocześnie jednak spisał swoje zapiski z pozycji kolonialnego mentora, który wprawdzie nie zaznacza swego poczucia wyższości, ale wychodzi ono gdzieś między wierszami, zwłaszcza przy okazji zasłyszanych anegdotek. Czytamy więc te zapiski, traktując je również jako poszukiwanie tego świata, którego już nie ma, z gorzką refleksją nad przemijaniem.
A to ciągły motyw w prozie Maraia.
