
Lata pięćdziesiąte XX wieku, półwysep Cape Cod. To tu właśnie spędza wakacje małżeństwo Hopperów. Trudno o gorzej dobraną parę. On, zamknięty w sobie, konserwatysta, uznany malarz, ona, dość żywiołowa, energiczna i towarzyska. A jednak trwają mimo nieporozumień, spięć i zwykłych życiowych pokus. Christine Dwyer Hickey przedstawia wariację na temat życia jednego z największych malarzy amerykańskich.
REKLAMA
Jeśli zobaczycie obraz, który będzie przypominać nieco niewyraźną, iście leluchowską fotografię, to będziecie prawdopodobnie oglądać obraz Edwarda Hoppera. To dość ponure dzieła, cóż bowiem może być bardziej przygnębiającego od widoku osamotnionego człowieka? Ten piewca samotności oddawał w swoich dziełach własne wnętrze. Wejście w umysł kogoś takiego, wejście w jego wnętrze, jest bardzo trudne, o ile nie niemożliwe. O kimś takim pisze się zazwyczaj tylko życiorysy, pomijając analizę jego osobowości. Dlatego wieść o ukazaniu się książki, której autorka próbuje wejść we wnętrze Hoppera, nie tylko mnie zaskoczyła, ale wzbudziła chęć poznania.
Akcja książki toczy się bardzo powoli. Mamy najpierw epizod z dzieciństwa artysty, a potem lato, które spędził na ukochanym Cape Cod. Mamy tu obraz małżeństwa ze stażem i różnymi konfliktami oraz dwójkę chłopców, rodzący się romans i rodzącą się przyjaźń dojrzałych ludzi z dwójką dzieci. Książka w zasadzie zachęca do poznania postaci Hoppera, jest jednak nieco niedopracowana. Zacna autorko, Hopper pochodził z holenderskiej, nie zaś niemieckiej rodziny.
A takie drobiazgi niestety rażą.
