
Czas na wyspie Barroy biegnie swoim nurtem. Tu nikt się nie śpieszy, z wyjątkiem czasu, kiedy trzeba obrobić i zakonserwować połowy. Chyba właśnie dlatego opowieści z tej wyspy są tak dobre w odbiorze.
REKLAMA
Cienie wojny nadal burzą spokojne życie Norwegii. Mieszkańcy powoli odbudowują swój kraj, trwają mniej lub bardziej udane rozliczenia z wojenną przeszłością. Wszystko to takie odlegle z perspektywy Barroy. Na wyspę powróciła Ingrid, jej córka dorasta, kobieta powoli zapomina o latach wojny, skupia się na przyszłości i wychowaniu swego dziecka. Pewnego dnia w jej życiu pojawia się mały chłopiec. Dla Ingrid staje się jasne, że to właśnie ona ma zaopiekować się osieroconym Mathiasem. Równolatek jej córki staje się towarzyszem zabaw i przyszywanym bratem. Szybko staje się jasna oczywista prawda. Wyspa Barroy nie jest miejscem, gdzie dzieci odnajdą lepszą przyszłość.
Proza życia codziennego. Tak właśnie możemy określić sposób w jaki Jacobsen opisuje nam świat. Tu czas wlecze się, a każdy dzień podobny jest do drugiego. To dzieje życia zwykłych ludzi, takich, którzy miast wypowiadać wielkie słowa, czy górnolotne myśli, pięknie wyrażać swe uczucia, po prostu żyją, czynią dobro, kochają. Ich uczucia nie są udawane. Są na tyle biedni, że tak naprawdę mają jedynie serce i duszę, a tego nie sposób podrobić. Czytelnik wchodząc w życie mieszkańców Barroy poddaje się, przynajmniej na czas lektury, temu nieopisanemu spokojowi życia i zaczyna rozumieć, co tak naprawdę w życiu jest istotne. Potem jednak wraca do wymuszającej pośpiech prozy życia.
A szkoda.
