
Przyznam, że lektura tej książki była dla mnie swoistym wyzwaniem. Jako historyk amator kilkakrotnie krzywiłem się na uproszczenia czy nieścisłości w znanych mi faktach. Jednak miałem świadomość, że to nie książka historyczna. To opowieść o rodzinie, której udało się zwyciężyć w nierównej walce z dwoma totalitaryzmami- hitlerowskim i sowieckim.
REKLAMA
Sama książka zaczyna się iście idyllicznie. Wielkie uczucie ubogiej szwaczki i artysty cyrkowego, wielka miłość przerwana przez wojnę. Ot materiał na chwytający za serce melodramat. I pewnie wielu tak potraktuje tę książkę zapominając, że napisana została przez pisarkę z anglosaskiego kręgu kulturowego i dla anglosaskiego czytelnika. Przede wszystkim jednak to historia rodziny męża Autorki, spisana więc została w taki sposób, w jaki została jej przekazana. Odsuńmy więc od siebie niechęć do melodramatu i dajmy się ponieść historii rodziny Horowitzów. A jest ona bogata. W opowieści Sue znajdziemy realia życia warszawskiego getta i nieuchronna drogę do Treblinki, więzienia NKWD i ten cudowny, jedyny możliwy ratunek- armia generała Andersa, znajdziemy poniewierkę rodzin żołnierzy i wreszcie ten raj, jakim okazała się Australia.
Życie składa się z przypadków, jednak dopiero w sytuacjach ekstremalnych zaczynamy rozumieć ich rolę, zaczynamy pojmować jak niewiele brakowało do tego, by cała historia zakończyła się zgoła inaczej. Ślepy traf, a może dotyk anioła pozwolił na szczęśliwy finał. I w tym właśnie momencie uświadamiamy sobie, że czytamy jedną z wielu historii ocalonych, że to, być może, nic nie znaczący epizod w całej machinie zagłady, w machinie ocalenia, w machinie historii. Ale przecież ta machina składała się właśnie z tych niewielu drobnych epizodów. A każdy z nich zasługuje na spisanie.
