Marcin Pilis
Cisza w Pogrance
Marcin Pilis Cisza w Pogrance Wydawnictwo Lira

Lato 1943 naznaczyło pamięć ludzką na wiele lat. Dziedzictwo Wołynia przekazane zostało kolejnym pokoleniom. Nic dziwnego, przez lata brakowało klimatu by mówić o wydarzeniach, a teraz, kiedy wreszcie mówić o tym można, Wołyń nie doczekał się rzeczowej debaty o tamtych tragicznych dniach.

REKLAMA
Kiedy przeczytałem zapowiedź o książce Pilisa poczułem z jednej strony nadzieję, że oto, być może ukaże się coś, co wreszcie uzmysłowi czytelnikom tragizm tamtych lat. Z drugiej strony pamiętałem jednak, że ta sama nadzieja towarzyszyła mi kiedy na ekrany kin wszedł film Smarzowskiego. Wspomnienia o Wołyniu towarzyszyły mi od wczesnego dzieciństwa. Opowieści rodzinne pełne scen okrucieństwa, świadomość wymordowania polowy rodziny ojca, coś takiego utkwi na lata. Chwyciłem więc samą książkę pełen obaw, bo wydawnictwo zapowiedziało na okładce, iż wątek romansowy w książce znajdę, ale nagle lektura sprawiła, iż przeniosłem się w czasie, może nie w okolice Kowla, ale nieco bardziej obcego Włodzimierza Wołyńskiego. Nagle poczułem grozę i nadzieję, poczułem strach, doświadczyłem razem z bohaterami podłości i okrucieństwa, doświadczyłem nieśmiałego, utajonego bohaterstwa sąsiadów, tego bohaterstwa, które było zawarte w jednym słowie : uciekajcie. Nie mogę, nie mam prawa zdradzić treści książki. Mogę jednak powiedzieć, że znajdziemy tam wszystko, czego doświadczyli mieszkańcy wołyńskich wiosek. Okrucieństwo i podłość sąsiadów, tragedie małżeństw mieszanych, zwierzęcy wręcz nacjonalizm, krew, strach, paniczna ucieczka z domu i to, co najtrudniejsze- wspomnienia i koszmary i ten wyrzut sumienia spowodowany tym, że ktoś przeżył, a inni pozostali w bezimiennych mogiłach i dołach. I wreszcie ta jedna jedyna scena, która powala, po której nie sposób zasnąć i która tłumaczy tak naprawdę wszystko. Scena końcowa.
Czytajmy.