
Austriakom udało się przekonać świat o tym, ze Hitler był Niemcem, zaś Bach Austriakiem.
REKLAMA
Słowa, które powiedział Martin Pollack w 2014 roku na spotkaniu promującym jego „Skażonee krajobrazy” przyszły mi do głowy w czasie lektury trzeciej sztuki, która znalazła się w drugim tomie Dramatów Bernharda. Premierze Placu Bohaterów towarzyszyły demonstracje połączone z wysypywaniem gnoju przed teatrem, pisarza znowu nazwano tym, który kala ojczyznę, pamięć i tradycję. Wszak premiera sztuki nastąpiła w pięćdziesiątą rocznicę Anschlussu, włączenia Austrii w skład III Rzeszy. To była najbardziej pokojowy podbój Hitlera, brak protestów, powszechny entuzjazm, a w polityce rasowej gorliwość neofity. To w Wiedniu zmuszono szanowanych przecież obywateli do ręcznego mycia chodników, to Austriacy stanowili prawie 30% strażników obozowych i innych zbrodniarzy wojennych. Prawdziwa nadreprezentacja Austriaków została zapomniana na lata. Musiało minąć pół wieku, by pokolenie dzieci, a potem wnuków mogły zacząć mówić o czasach, w których ich ojcowie i dziadkowie okazali się tak podli, że odczłowieczyli swoich sąsiadów, lekarzy, u których leczyli swe dzieci, właścicieli sklepów, w których robili zakupy, nauczycieli, kolegów ze szkolnej ławki. Oczywiście prawda nie zawsze jest mile widziana, choć jeden przejaw odwagi pociąga za sobą kolejne. Za kilkanaście lat Martin Pollack napisze swoją Śmierć w bunkrze, osobistą historię Gerharda Besta, zbrodniarza wojennego, który był jego biologicznym ojcem. Miną kolejne lata, a Maria Altmann wywalczyła przed sądem obraz z kolekcji Bloch-Bauerów, bezprawnie odebrany jej rodzinie. Austria, pozbawiona najsłynniejszego obrazu Klimta, Złotej damy, przeżyła szok i zmuszona została do wewnętrznej debaty o swej przeszłości. Oczywiście debata ta w dalszym ciągu nie jest łatwa. Zarówno w 1988 roku, jak i dziś partia Jorga Haidera, cieszyła się i cieszy sporym poparciem. Nacjonaliści nie są dobrym partnerem do dyskusji o ciemnych stronach historii. Dla samego Bernharda Plac Bohaterów był zaś tym, co zwieńczało jego wieloletnią walkę o odkłamywanie historii.
A sama sztuka? To opowieść o człowieku, który został wypędzony z ojczyzny, który zrobił wprawdzie karierę na prestiżowej zagranicznej uczelni, ale czuł się tam osamotniony. Po powrocie do rodzinnego miasta zrozumiał, że i tu jest obcy. Po jego śmierci, bliscy przeprowadzają swoisty sąd nad Austrią. Widzimy sami, że Bernhard pisząc Plac dla widza austriackiego stworzył coś ponadnarodowego. Taki sam sąd mógłby odbyć się również w Warszawie, Moskwie czy czeskiej Pradze, a osobę profesora i jego bardziej pragmatycznego brata możemy znaleźć wśród nam współczesnych.
I to czyni Bernharda wielkim.
