
Dawno tytuł książki nie był tak adekwatny do jej treści. Uważajcie, z tej książki trucizny wylewają się z każdej kartki, każdego zdania. I, co najgorsze, zostają w nas na długo.
REKLAMA
Po skończonej lekturze zadajesz sobie czytelniku jedno zasadnicze pytanie. Czy to jedna historia opowiedziana z czterech perspektyw, czy to cztery, niezależne od siebie opowieści. Są tak podobne do siebie, a jednocześnie tak różne, że na to pytanie nie znajdziemy ostatecznej odpowiedzi. Jeśli przyjmiemy, ze to jedna i ta sama historia, to musimy uznać, że jest to opowieść o ludziach, którzy nigdy w życiu nie powinni ze sobą się zetknąć. Mamy ojca, głowę rodziny, człowieka zasadniczego, który, mimo swego uzależnienia alkoholowego, pragnie uchronić dzieci przed matką, nastawiającą je przeciw niemu. Z drugiej strony mamy przekaz niespełnionej życiowo kobiety, zawiedzionej związkiem z religijnym maniakiem, sztywnym, zasadniczym mężczyzną, który nie potrafi wyjść poza swe ramy i cieszyć się rozkoszami łoża. Wreszcie jest córka, twardo wychowywana przez ojca, tak twardo, że wychowanie to przekracza granicę, poza którą jest przemoc domowa. No i syn, spadkobierca niektórych idei i świadek tragedii. Bo ta historia nie może się dobrze skończyć, co wiemy od pierwszej strony książki. Niczym strzelba wisząca nad kominkiem, strzelba, która musi wypalić. Doprawdy, te kilkadziesiąt stron zawiera taki ładunek emocji, że mamy ochotę cisnąć tomikiem o ścianę, żałując, że nie wzięliśmy sobie do czytania choćby harlequina.
A na koniec tylko dziękujemy losowi, że oszczędził nam zarówno dorastania w takich warunkach, jak i potwornej spuścizny, jaką ojciec zostawił synowi.
