
I co mam o Tobie myśleć, Łukaszu Zawado, zapytałem sam siebie po lekturze tej książki. Czy napisałeś pastisz literacki, czy postanowiłeś wkurzyć cały świat, łącznie z czytelnikami?
REKLAMA
Jak na tytuł przystało, w książce znajdujemy spis wydatków. Znamy doskonale ilość zakupionej karmy, wina czy gum do żucia, wiemy, ile Autor wydał na obiad przed galą Paszportów Polityki i ile na przyzwoity garnitur. Wreszcie oglądamy samą galę, wspólnie z autorem doznajemy zawodu, kiedy okazało się, że nagroda trafiła w inne ręce, po czym wprowadzeni zostaliśmy w kurs kreatywnego pisania, którego lektura zrazić może do czytania książek na wiele tygodni. Tak, Zawada nie oszczędza nikogo. Dostaje się pisarzom, dostaje się czytelnikom, wreszcie dostaje się takim jak ja, piszących w necie o literaturze. Nawiasem mówiąc te kpiny z samozwańczych krytyków publikujących w social mediach spodobały mi się najbardziej. Potem nastały kpiny z pragnień o wielkiej miłości, która, wzorem romantyzmu, spełnić się nie może. Wreszcie doznałem zawodu, spodziewając się, że nasz Autor przedstawi się jako jedyny sprawiedliwy w całej literackiej Sodomie. Gdyby bowiem to uczynił, mógłbym uznać go za kolejnego kreatora własnego wizerunku, bufona, który wywyższa się, choćby we własnych oczach. A tak? Nie wiem co myśleć o Wydatkach, choć nie żałuję czasu spędzonego na lekturze.
Tym bardziej, że zmuszony zostałem do głębokiej refleksji nad kierunkiem ewolucji literatury.
