
Pandemiczny portret Polaków własny. A może karykatura nas samych, naszkicowana przez mistrza reportażu, Marcina Kołodziejczyka? Dobre pytanie, mili czytelnicy.
REKLAMA
Przyzwyczaił nas Kołodziejczyk do tekstów zmuszających do refleksji, do innego spojrzenia na nasze społeczeństwo. Sięgnąłem więc po Wolność, by znowu dowiedzieć się czegoś, co w codziennym pędzie mi umknęło, czego nie widać przez szyby samochodu, czego nie pokazują programy informacyjne. Życie w czasach pandemii? To mógł być świetny temat, o ile oczywiście zgromadzi się odpowiedni materiał i nawet pierwsze opowiadanie sugerowało, że otrzymujemy dobry, nawet bardzo dobry reportaż. Bo i bohaterka pierwszego reportażu jest typowa dla nieznanej nam Polski. Kobieta niespełniona, która kiedyś skończyła uczelnię lansu i bansu, jedną z tych, które przed laty kusiło otwartą karierą w zamian za odpowiednie czesne. Jak się możemy domyślać kariera zakończyła się na stacji benzynowej, a jedynym skarbem naszej bohaterki jest czynne prawo wyborcze. Dalej znajdujemy przejaskrawione karykatury tzw. klasy średniej, by w końcu dojść do landrynkowatego opisu kwarantanny rodzinnej. Można się domyślić, że w miarę czytania tracimy powoli zapał, zastanawiając się nad literacką przyszłością karykatury, zwłaszcza w czasach, kiedy politycy i publicyści z powodzeniem zastępują błaznów.
Marcinie Kołodziejczyku, ja Cię proszę, porzuć karykatury, wróć do reportażu. Wszyscy na tym lepiej wyjdziemy.
