
Walka dobra ze złem, rywalizacja o miłość oraz to wspaniałe południe Stanów Zjednoczonych, cudne hrabstwo Monterey. Tak przed trzydziestu pięciu laty postrzegałem najważniejszą i chyba najbardziej osobistą powieść Steinbecka. Dziś patrzę na tę książkę nieco inaczej…
REKLAMA
Nawet jeśli nie czytaliśmy tej książki, opisana w niej historia jest nam znana. Znakomita ekranizacja Elii Kazana z 1955 roku zawęża ją do rywalizacji dwóch braci, stawiając na pierwszym miejscu Kaleba, tworząc tym samym świetną rolę dla Jamesa Deana. Podobnie postąpił w 1981 roku Harvey Hart tworząc świetny serial. Tu jednak uwypuklona została postać demonicznej Cathy, w którą wcieliła się Jane Seymour. Żadna jednak z ekranizacji nie objęła całej istoty książki. Fabuła głównego nurtu jest dość prosta. Mamy tu dwa pokolenia jednej rodziny, w której powtarza się rywalizacja Kaina i Abla. Zawężając książkę do tego wątku można ocenić ją jako wariacje na temat biblijnej historii. Sam Steinbeck jednak poszedł krok dalej, obdarowując nas filozoficznymi dyskusjami o nieco religijnym charakterze i tworząc bohaterkę, którą można określić mianem zła wcielonego. Na okrasę Pisarz obdarzył nas jeszcze historią własnej rodziny, swoisty hołd dla niej i miejsca zamieszkania. Wszystko to zamknęło się w grubym tomisku, którego obszerność zniechęcić może niektórych czytelników. A szkoda, bowiem piękno języka, atmosfera tych małych kalifornijskich miasteczek, w których kościół jest tak samo ważny jak i burdel, a ludzie są dla siebie serdeczni, nawet jeśli chowają w sercu dawne urazy, działa tak samo zniewalająca jak i dziadkowa opowieść. Dopiero jednak, kiedy zastanowimy się głębiej w książce, uznamy, że jest ona swego rodzaju potyczką Autora ze Stwórcą, pragnieniem odwrócenia niewypowiedzianego nigdy wyroku, fatum zawartego w słowach o cierpkich jagodach i skutkach, które ponoszą kolejne pokolenia.
A zwycięstwo w tej potyczce zawarte jest na ostatniej stronie książki. Timszel. Możesz, możesz zapanować nad złem, zapanować nad fatum losu. I chyba o to głównie chodziło Steinbeckowi, kiedy przygotowywał pierwszy z trzystu, zużytych w czasie pracy, ołówków.
