
Poczucie winy, potrzeba akceptacji i miłości. Zawód doznany od otoczenia. Wreszcie przemoc i alkohol. Marcin Grzelak swoją Pułapką na anioły zmusza nas do refleksji nad tym, co w życiu jest najważniejsze.
REKLAMA
Zanim przystąpimy do lektury tej książki, musimy pamiętać, że nie tylko opisana w niej historia nas nie rozweseli, ale też o tym, że trudno w niej szukać cienia optymizmu. Gotowi na takie wyzwanie? Jeśli tak to poznajmy Wojtka, małego chłopca z niewielkiej miejscowości na Pomorzu Zachodnim. Nasz bohater pewnie chciałby być beztroskim chłopakiem, który i w piłkę zagra, trochę będzie psocić, słowem normalnym chłopcem w swoim wieku. Niestety los przewidział dla niego nieco inną historię. Agresywny ojciec, zahukana, troskliwa matka, w rodzinie króluje alkohol i cykliczny porządny wpierdol, wymierzany przez ojca. Chłopiec jest więc świadkiem przemocy, ucieka od niej w świat fantazji i marzeń o prawdziwych przyjaciołach, na których zawsze może liczyć. Przy okazji poznajemy otoczenie chłopca. Tu znajdujemy samych naznaczonych złem ludzi, ledwie naszkicowanych przez Autora, jakby chciał przez to zapowiedzieć tragiczne zakończenie książki.
Jak już powiedziałem, w historii tej trudno szukać kogoś nieskażonego złem. Świat zdominowany złem jest jednak równie nieprawdziwy, co ten wyidealizowany świat pełen dobra. Tak więc historia pełna zła, pełna wszechobecnej tragedii nie przemówiła do mnie. W czymś nasz autor przekombinował, gdzieś nie dostrzegł granicy, której nie powinien przekroczyć. I gdyby przyszło mi sugerować autorowi, jak powinien przeredagować swą książkę, to radziłbym poważnie zastanowić się nad postacią niejakiego Krzyśka.
Ale już jest trochę za późno.
