Sandor Marai
Porwanie Europy
Sandor Marai Porwanie Europy Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik

Wojny, zaraz, kryzysy. Wszystko to powoduje, że zadajemy sobie pytanie o to jak będzie wyglądać przyszłość, jak zmieni się stary świat, czy pamięć o niedawnych przeżyciach zwiększy empatię, która zaowocuje solidarnością, zarówno rządów, jak i państw. Pisany zaledwie rok po zakończeniu wojny esej Sandora Marai jest dziś znów aktualny.

REKLAMA
Mamy oto 1946 rok, Sandor Marai rusza z komunistycznych Węgier w pierwszą od kilku lat podróż zagraniczną. Już wtedy mistrz pióra i wielbiciel węgierskiej literatury wie, że ta podróż jest rekonesansem, że kolejny jego wyjazd będzie tym w jedną stronę. Na razie jednak zachłystuje się wolnym światem, on, krytykowany w swej ojczyźnie za winy niepopełnione, atakowany jeszcze niedawno przez faszystów, doświadcza tego samego ze strony komunistów. Miernoty świata literatury nie potrafią wybaczyć mu jego talentu, zasad, którymi się kieruje, nie mogą wybaczyć mu tego, że jest najważniejszym chyba węgierskim pisarzem XX wieku. Na razie jednak pierwsze wrażenia. Szwajcaria, kraj neutralny, który nie doświadczył wojny, jawi się mieszkańcowi zburzonego Budapesztu, innym światem, gdzie nikt nie jest w stanie zrozumieć uczuć kogoś, kto stracił większość swojej biblioteki, Włochy jawią się jako kraj chaosu, rajem dla kombinatorów, Francja zaś krajem, gdzie bylejakość ukrywana jest pod płaszczykiem patriotyzmu. Sprzedajesz w kawiarni kawę niskiej jakości, w dodatku podajesz ją zimną i jest ona niezbyt mocna? Nazwij ją kawą narodową, nikt wówczas się nie przyczepi, choć uzna, że narodowa jest synonimem bylejakości. Europa, którą poznaje ponownie Marai składa się z kilku światów. Jest ten wolny, pozbawiony złych doświadczeń. Jest też ten, który ma nadzieję na odbudowę, przynajmniej tą ekonomiczną, bo europejska duchowość, zdaniem autor została nieodwołanie unicestwiona. I jest jeszcze ta trzecia, zniewolona, której nic nie jest w stanie uratować. Tą właśnie Marai pragnie opuścić.
Jakże gorzko brzmią dziś te słowa, dziś, kiedy kwitną nacjonalistyczne sentymenty, Rosja stara się narzucać swój europejski porządek, a europejskie wartości związane ze sprawiedliwością i praworządnością są kwestionowane przez populistów. Znowu wydaje się, że wracamy do tego starego podziału na trzy Europy, znowu pojęcie solidarności i pomocy legło w gruzach, podcinane w czasie kryzysu uchodźczego dziś pozwala się wyprzedzać egoizmowi ekonomicznemu. Quo vadis, Europo? To pytanie jest znowu aktualne, znowu możemy podejrzewać, że Europa traci pozycję jednego z przewodników świata.
A szkoda.