
Zawsze kiedy widzę nazwisko Bukowski przypomina mi się moja młodość i te nastoletnie, nieco buntownicze fascynacje, które na szczęście pokierowały nie tą drogą, którą podążył Buk. Pozostało po nich przekonanie, że lekturę Bukowskiego powinno się zaczynać w wieku dojrzalszym.
REKLAMA
Tom poezji Światło błyskawicy za górą obejmuje wiersze niepublikowane za życia autora. Wydawcy twierdzą, że zgodnie z wolą samego Buka miały być opublikowane po jego śmierci, śmiem jednak twierdzić, że Buk, który chciał oszukać kostuchę seksem z osiemnastolatkami, nie myślał nigdy o swojej spuściźnie. Podejrzewać więc mogę, iż zawdzięczamy ich lekturę przemyślności i potrzebom finansowym Lindy Lee Bukowski. Przekonanie moje utwierdziła lektura samych wierszy. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, jakby były one tylko szkicami, porzuconymi, być może z powodu braku tanich cygar, czy alkoholu w czasie nocnego walenia w klawisze maszyny, a uczucia towarzyszące ich pisaniu, znalazły ujście w innych jego wierszach, tym bardziej, że ich echa odnajdywałem w swojej pamięci. Mniemać mogę, że pozostały one w szufladzie pisarza, zapomniane lub pozostawione do dalszej pracy, do rozwinięcia czy zastąpienia zamienników słów i zwrotów tymi, które uznałby za bardziej odpowiednie. Cóż, dyskontowanie sławy zmarłego pisarza czy twórcy było, jest i będzie. Nie winimy więc za to Lindy, bowiem dla miłośnika Buka ważnym będzie czytanie słów przez niego napisanych i ta zabawa w konfrontacje wiersza z tego tomu z tymi, które uznał on za godne publikacji za swego życia.
A powiem wam, że będzie to przednia zabawa
