wydawnictwo literackie

Jerzy Giedroyć był bohaterem mojej młodości i pozostał nim do dziś. Dlatego też ucieszyła mnie książka Marka Żebrowskiego „Jerzy Giedroyć. Życie przed Kulturą”. Żebrowski uświadomił mi jednak, jak mało wiedziałem o moim idolu. Nigdy bowiem nie mówiono o Giedroyciu inaczej, jak o twórcy paryskiej Kultury. Nic dziwnego, w setną rocznicę urodzin Giedroycia, na koniec audycji Jemu poświęconej, Henryk Giedroyć powiedział znamienite słowa „I znów niemal nic nie powiedzieliśmy o Jerzym. A to podobno jego rok…”

REKLAMA
Właściwie Jerzy Giedroyć był osoba tak znaną, ze nikomu nie przyszło do głowy spisać dzieje jego życia. Sam zainteresowany zapełnił niejako tę lukę pisząc w zespół z Krzysztofem Pomianem „Autobiografię na cztery ręce”. Sama „Autobiografia..” nie zaspokaja apetytów wielbicieli Redaktora, takich, którzy chcieliby w Redaktorze zobaczyć Jerzego.
Książka Marka Żebrowskiego jest więc pierwszą z prawdziwego zdarzenia biografią Jerzego Giedroycia. Biografia ta zamyka się rokiem 1946. Jest to świadome posunięcie. Pozwoliło bowiem na uniknięcie pokusy uproszczenia sprowadzającego życie Giedroycia do historii Kultury, jednocześnie zaś wymusiło dokładne zbadanie życia Redaktora i wykazanie, że tylko Jego osoba mogła stworzyć i tak skutecznie prowadzić ważny dla nas wszystkich periodyk.
Właściwie Jerzy Giedroyć zawsze będzie kojarzyć mi się z programem telewizyjnym zawierającym rozmowę Redaktora z Janem Karskim. Dwóch dystyngowanych panów, nałogowych wręcz palaczy papierosów, rozmawiają spokojnie i z poszanowaniem rozmówcy. Obaj bardzo eleganccy, uprzejmi i mający w sobie coś, co przykuwało uwagę słuchającego i wymuszało szacunek oraz gwarantowało odwzajemnienie szacunku. Dziś w dobie przekrzykiwania się w czasie dysput, wzajemnego obrażania i ignorowania racji drugiej strony, osoby pokroju Jana Karskiego czy Jerzego Giedroycia wydają się co najmniej dziwne. Ale czy na pewno dziwne? A może to nasze pokolenie tak schamiało i powinniśmy dążyć do tamtych ideałów?
Miało być jednak o książce i Redaktorze, a nie o naszych pożałowania godnych czasach…
Oczywiście książka musi się zacząć rokiem 1906 i dokładnym opisem Mińska Litewskiego, prawdziwie polskiego miasta, w którym nawet starozakonni posługiwali się na co dzień przepiękną polszczyzną. Ten właśnie opis Mińska pozwala na zrozumienie genezy mocarstwowości Polski promowanej przez Redaktora w latach dwudziestych. Dziś moglibyśmy się z tego śmiać, wszak mocarstwowość ma na ustach połowa naszej skrajnej prawicy. Jednak mocarstwowość wg Giedroycia oznaczała wyższość instytucji państwa nad narodem. Od razu musi wzbudzić Redaktor sympatię tych, którym wstrętne są wszelkiej maści nacjonalizmy, czy to te zabarwione prawicowo, czy te z domieszką lewicowości i tym, którzy promują otwarte społeczeństwa. Doświadczenia mińskie i moskiewskie na całe życie ukształtowały poglądy Giedroycia, które sprowadzały się do nieantagonizowania narodu polskiego z mniejszościami narodowymi.
Młodość każe próbować wszystkiego. Jerzy Giedroyć nie był wyjątkiem. Z jednej strony był to człowiek odporny na nacjonalizm, z drugiej jako student był członkiem władz jednej ze skrajnie prawicowych korporacji studenckich. Wielbił marszałka Piłsudskiego, a jednocześnie , z bronią w ręku, sprzeciwiał się zamachowi majowemu. Uczestnik wojny polsko bolszewickiej, który w późniejszym czasie unikał służby wojskowej. Wreszcie pracownik organów rządowych, prowadzący jednocześnie periodyk krytykujący posunięcia rządowe. Tytan pracy, wpadający w depresję w okresach stagnacji, który uwielbiał wylegiwać się do 10 rano.
Sami widzimy- Giedroyć to człowiek pełen sprzeczności. By go poznać i zrozumieć musimy wgryźć się zarówno w Niego samego jak i w czasy, w których przyszło Mu żyć, a Żebrowski nam to ułatwia.
Książka ta nie jest tylko biografią Giedroycia. To jednocześnie krytyczne spojrzenie na nas-Polaków. I wstyd mi doprawdy, gdy uświadomię sobie jak na naszą kłótliwość patrzyli Francuzi, wyrzucający nam, że budowaliśmy po klęsce wrześniowej trybunały i obozy karne. Wstyd mi, kiedy pomyślę jak patrzyli na nas Rumuni widząc nasze wzajemne podgryzania się na trasach przerzutowych do Francji.
I wstyd ten pogłębia fakt, że tak niewiele się zmieniliśmy.