
Zastanawiałem się, co mnie w tej książce najbardziej irytuje. Tak, chłodne, pozbawione emocji, spojrzenie na rozpadającą się rodzinę. Tak chłodne, jak popularny przed laty program reality show.
REKLAMA
Mamy tu historię typowej rodziny z klasy średniej. Rodzice plus dwójka dzieci mieszka sobie w stolicy kraju, weekendy spędzają w domu lub na wycieczkach poza miasto. Pozorna sielanka kryje obcość dwojga, a raczej czworga ludzi. Nieodmiennie mamy tu wrażenie, że ludzie ci nie powinni nigdy żyć pod jednym dachem. I najgorsze w tej historii jest to, że to niedopasowanie było jasne już od pierwszej randki, a cały dramat zmarnowanego ludzkiego życia narastał z każdą kartą książki. On, typ zapracowanego yuppie, ceniący aktywnie spędzony czas, ona klasyczna piewczyni domowego ogniska. Tacy ludzie tylko pozornie się uzupełniają, zwłaszcza, kiedy nie potrafią rozmawiać o swoich potrzebach i kiedy mają odmienne zdanie na temat wychowania dzieci. Wreszcie obcość narasta na tyle, że oboje zaczynają poszukiwać zrozumienia na zewnątrz. Ale i w tym pozornym rozpadzie związku brakuje konsekwencji. Pozostaje tylko poczucie zmarnowanych szans, zmarnowanego życia.
Nikomu nie życzę takiego związku, takiej relacji jaka łączyła Alice i Richarda. Ta para nie pasowała do siebie, w swoim życiu nie mieli choćby jednej wspólnej płaszczyzny porozumienia. Nie łączył ich nawet dobry seks, ani zainteresowania, od początku byli skazani na porażkę, która jednocześnie skazała na cierpienie dwójkę ich dzieci.
Smutne.
