
Ostatnie dni wojny domowej w Hiszpanii, las gdzieś w Katalonii. Mimo ewidentnej klęski żołnierze republikańscy wykonują ostatnie wyroki na prominentnych przedstawicielach falangi. Bezsensowna śmierć zbiera żniwo. I w tej oto scenerii, jeden z żołnierzy legalnej władzy, postanawia położyć kres bezsensownej rzezi. Darował on życie Mazasowi, jednemu z głównych ideologów reżimu Franco.
REKLAMA
Historia cudownego ocalenia Rafaela Sancheza Mazasa mogłaby z powodzeniem stać się scenariuszem świetnego filmu. Dziwnym jest, że nikt we frankistowskiej Hiszpanii nie wpadł na pomysł stworzenia filmu o człowieku, który dwakroć umknął kulom republikańskich. Mazas, skazany na karę śmierci, umyka przed plutonem egzekucyjnym. Kryjąc się w lesie dostrzega jednego ze ścigających go prześladowców i widząc, że został wykryty, spodziewa się kończącej jego życie kuli. Strzał jednak nie pada, republikanin odchodzi, mimo, że wykrył zbiega. Ta historia zaciekawia Javiera Cercasa. Kim był człowiek, który w piekle okrutnej wojny, zachował resztki człowieczeństwa? Kim był ten, który wiedząc, że śmierć jednego człowieka niczego już nie zmieni, postanowił przerwać bezsensowną rzeź? Wreszcie, czy ocalony i ukrywany w lesie frankista zdolny był do okazania wdzięczności? Historia pewnie ciekawa, ale w demokratycznej Hiszpanii niezbyt medialna, a zajęcie się nią mogło wywołać podejrzenie gloryfikacji dawnego reżimu. Mimo to, albo właśnie dlatego, Cercas postanowił przywrócić imię zwykłych ludzi, dla których życie jest życiem, a człowieka głodnego nie pyta się o polityczne przekonania, tylko dzieli się z nim kawałkiem chleba. Bowiem zwykły ludzki odruch, w czasach nienawiści, podziałów i zbrodni, jest bohaterstwem godnym, jeśli nie wysokich odznaczeń, to na pewno zapamiętania. I tak Maria Ferre, która ofiarowała uciekinierowi miskę zupy oraz koc, oraz bracia Figuerasowie czy Daniel Angelats zostali upamiętnieni, jako ci, którzy nie odpędzili bezbronnego i głodnego uciekiniera. Historia ta jednak nie byłaby pełna bez Mirallesa, który do końca życia uważał, że na wojnie nie ma bohaterów, są tylko ci, którym udało się przeżyć. A przecież to on, jako pierwszy ocalił Mazasa…
Przyznaję, dziwna to lektura. Przyzwyczajeni jesteśmy do czytania o bohaterskich czynach godnych Termopil lub kimicowskich przygód. Bohaterstwo kojarzone jest z liczbą zabitych wrogów, ze zwycięstwem lub ketlingową śmiercią. I nagle ktoś nam uświadamia, że czynem bohaterskim może być podanie miski zupy, czy koca, przenicowując nam dotychczasowy światopogląd, dowodząc jednocześnie jak dalece odeszliśmy od humanitaryzmu.
Cholera, nad tym ostatnim powinniśmy zapłakać.
