
Sołżenicyn. Któż nie słyszał o największym rosyjskim dysydencie? O patriocie, od którego odcinała się, na rozkaz dyktatorów, własna ojczyzna? Boris Sokołow z szacunkiem i wyraźną sympatią kreśli dla nas biografię tego wybitnego Rosjanina.
REKLAMA
Przypadek sprawił, że zdolny oficer i obiecujący naukowiec stał się wrogiem ludu. Dla dyktatorów nie trzeba wiele. Wystarczy samo kreślenie wizji przyszłości i marzeń o naprawie ojczyzny. Wróg ludu może zginąć od kuli, może zostać zamęczony w obozie, może też być odsunięty od życia publicznego, odseparowany od ludzi tak, by zaraza swobodnego i samodzielnego myślenia nie rozszerzyła się na całą populację. Dla systemu bowiem najwygodniejszy jest ten, który za dobrą monetę przyjmuje przekaz rządowej propagandy, przyswaja go i cieszy się okruchami przywilejów socjalnych jakie daje władza. Jeśli czytający te słowa widzi jakiekolwiek analogie z naszą współczesnością niech się nie dziwi. Zabiegi i pragnienia dyktatorów są takie same. Różni ich tylko to, na ile mogą sobie pozwolić, na ile zniewolić ludzi czy odebrać im resztki wolności. Przejdźmy jednak do samej książki. Nie będę skupiać się na samym życiu Sołżenicyna. Wszak znane jest każdemu z nas, choćby z Wikipedii. Zajmę się samą książką. Autor dokonał tytanicznej pracy pisząc książkę o ulubionej postaci historycznej tak, by sympatia nie przekreśliła obiektywizmu biografa, a także, by korzystając z zachowanych dokumentów, jak najpełniej przekazać zarówno realia życia w sowieckiej Rosji i losy najsłynniejszego rosyjskiego Noblisty. Przyznam, że Sokołow, przynajmniej w moim przypadku dokonał czegoś wręcz wspaniałego. Nieco inaczej patrzę teraz na Archipelag czy Oddział chorych na raka.
I taka myśl przychodzi do głowy… jakże źle musi być w ojczyźnie, jeśli najwyższym, najpełniejszym przejawem patriotyzmu jest wystąpienie przeciwko niej.
