
O bohaterach tej książki historia jakoś milczy. Niemcy skrzywdzeni przez historię? Już samo to określenie brzmi jakoś dziwnie, nie pasując do naszego postrzegania historii. I zapewne we współczesnej Rosji jest tak samo, co skłania od pierwszej strony do dociekania jak przyjęto tam książkę Jachiny Guzel.
REKLAMA
Historia Niemców nadwołżańskich zaczęła się 22 lipca 1763 roku, ukazem carycy Katarzyny wzywającym osadników niemieckich do zaludnienia bezkresnych ziem nad Wołgą. Pokusa była znaczna. Zwolnienia podatkowe, przywilej nieodbywania służby wojskowej, prawo do zachowania obyczajów i języka. W zamian oczekiwano tylko lojalności wobec władcy i zagospodarowania ziem, wzbogacając, tym samym imperium rosyjskie. Rewolucja październikowa zmieniła całe imperium, jednak mieszkańcy niemieckich osad nad Wołgą uznali, że umowa sprzed ponad stu laty nadal obowiązuje. I pozornie tak było. Czerwoni carowie nadali im autonomię, nadal, pozornie, szanowali ich odrębność, jednak stan ten nie mógł trwać wiecznie. Najpierw było rozkułaczanie, potem represje wielkiego terroru, by w końcu deportować gdzieś na step kazachski całą populacje. Tyle historia, teraz przejdźmy do tego, co o najnowszych, znanych nam czasach, napisała Jachina Guzel, której debiutancka książka o Zulejce urzekła mnie od pierwszego zdania. Jest to opowieść o nieco ciapowatym wiejskim nauczycielu, Jakobie Iwanowiczu Bachu, którego marną egzystencję przerwało uczucie do młodej kobiety. Zaczyna się więc opowieść o rodzinie, którą bawi się okrutny XX wiek. Trudno nie czuć sympatii dla dupowatego nauczyciela. To oryginał z zasadami, starający się stworzyć i ochronić swoją rodzinę, naiwnie wierząc, że życie w izolacji będzie bezpieczne, że wielcy tego świata zapomną o nim. To typ mieszczańskiego bohatera, dla którego wielkie czyny nie mają znaczenia, skoro tyle jest tych małych do zrobienia. Aż chciałoby się z takim typem usiąść przy piwie i po prostu pomilczeć, bo przecież już wszystko zostało powiedziane.
A swoją drogą, to chciałoby się pojechać nad Wołgę i spojrzeć na nią tak, jak patrzył nasz Jakob Iwanowicz Bach.
