
Zawsze interesowały mnie motywy, którymi kierowali się ludzie wybierając drogę swego życia. Sięgając po książkę Aukaia Collinsa chciałem dowiedzieć się, czym kierował się Amerykanin wchodząc na drogę islamskiej świętej wojny, jak pojmował dżihad i jak po latach oceniał swój życiowy wybór. Nieco się zawiodłem, Collins nie napisał bowiem wszystkiego. Jednak czas, jaki spędziłem na lekturze jego książki nie był stracony. Historia Collinsa każe bowiem zastanowić się nad koniecznością naprawy tego, co nazywamy światem Zachodu.
REKLAMA
Młody chłopak odnajduje sens życia w islamie. Tak jak większość neofitów idealizuje swą religię i pragnie żyć zgodnie z jej nakazami. Jednym z nakazów islamu jest walka z przeciwnościami- święta wojna. Chłopak jest Amerykaninem i właściwie to, co się dzieje na drugiej półkuli zupełnie nie powinno go obchodzić. Jednak postanawia wziąć udział w wojnie, która toczy się w dalekiej Czeczenii. Trafia do oddziału dowodzonego przez słynnego Chattaba. Od samego początku nie pasuje do reszty oddziału. Czytelnik widzi, że wspólny religijny mianownik to za mało, by stworzyć sprawnie działający organizm. Jednak jest wojna i zagrożenie, a to drugi, o wiele silniejszy czynnik łączący ludzi. Wojna jednak jest tym, co deprawuje ludzi. O ile jednak „wojowników Allaha” nie mogły zdeprawować kobiety czy alkohol, o tyle zdeprawował ich niewielki szacunek dla ludzkiego życia. Z przerażeniem można przeczytać o rozrywkach bojowników dżihadu- zabawa w strzelanie, czy podchodzenie do stanowisk rosyjskich i zarzynanie bezbronnych prawie żołnierzy. Collins twierdzi jednak, że to coś innego niż zabijanie cywilów, kobiet czy dzieci. Ma rację- już mułłowie Mekki i Medyny wydali fatwę głoszącą wykluczenie z raju tych, którzy w imię dżihadu krew niewinna przeleją. Jednak czy taka sama kara nie powinna spaść na tych, którzy niewinnych ludzi narażają na odwet? Czy Chattab, Collins i im podobni nie sprowadzili wojny o zachowanie suwerennego państwa do rangi wojny religijnej? Czy sam Collins nie dostrzegł, już z perspektywy czasu, że niedźwiedzią przysługę wyświadczył Czeczeńcom? Czy kalectwo, jakiego doświadczył nie powinno nim wstrząsnąć na tyle, by zniechęcić go do dalszej wojaczki? Collins po doświadczeniach wojennych wzdragał się przed uczestnictwem w akcjach terrorystycznych, nawiązał nawet współpracę z CIA, jednak nie porzucił marzeń o dżihadzie. A przecież kilkukrotnie zdradzili go towarzysze broni, a jednak po raz drugi wybiera się do Czeczenii! Brakuje w samym zakończeniu książki jakiejkolwiek refleksji nad życiem. Sama książka, utrzymana w konwencji powieści Ludluma, zadowolić może amatorów książki akcji, jednak zmusza do zastanowienia się nad współczesnym światem. Oto w pogoni za pieniądzem, łatwym życiem czy w kontestacji rzeczywistości umyka nam to, co najważniejsze- odpowiedzialność za innych, odpowiedzialność za przyszłość. Nie mamy pomysłu jak wychowywać nowe pokolenia, jak dawać sobie radę z tymi przestępcami, którzy rokują nadzieje na poprawę. Potrafimy narzekać na młodzież, psioczyć na system penitencjarny, domagać się surowych kar i spartańskich warunków dla osadzonych. Bylibyśmy zadowoleni z przywrócenia galer czy kamieniołomów, a potem utyskiwalibyśmy na to, że poniżenie i odczłowieczenie nie działa pozytywnie w procesie resocjalizacji. Osadzony przestaje być dla nas człowiekiem. Czy może nas dziwić, że w naturalny sposób skłania się ku tym, którzy dostrzegają, lub przynajmniej potrafią udawać, iż dostrzegają w nim człowieka? Jeśli tego nie zauważymy to czekać nas będą coraz wyższe nakłady na bezpieczeństwo, odizolowywanie skazańców, oraz powolna, ale konsekwentna utrata tożsamości cywilizacji zachodniej. Oczywiście możemy o tym nie myśleć, tylko narzekać na skutki „Multi-kulti”.
