wydawnictwo Wielka Litera

Była to pierwsza z tych zbrodni, której nie próbowano nawet ukryć. Była pierwszą, która zapowiadała dalsze bestialstwa, które miały miejsce w czasie II wojny światowej. Wreszcie była pierwszą, której nie rozliczono do dnia dzisiejszego, w imię fałszywie rozumianych racji politycznych.

REKLAMA
Zbrodnia, którą nazwano potem Rzezią Nankinu miała miejsce w ciągu kilku tygodni na przełomie 1937 i 1938 roku. Wojska japońskie wkroczyły do praktycznie nie bronionego chińskiego miasta. Żołnierze wychowani w duchu wyższości Japończyków nad Chińczykami, nie mogąc wykazać się wcześniej w walce, chcieli okazać swoje „bohaterstwo” mordując niewinnych cywilów a także wielokrotnie i bestialsko gwałcąc kobiety. Szacuje się, że w ciągu tych kilku tygodni życie straciło ponad trzysta tysięcy ludzi, których jedną winą był fakt bycia Chińczykiem. Świat nie znał jeszcze masowych mordów dokonywanych przez Einsatzkommanda, nikt nie słyszał o komorach gazowych w Sobiborze, Treblince, Chełmnie czy Oświęcimiu. Świat nie wiedział jeszcze, że w nadchodzącym konflikcie straci Zycie pięćdziesiąt milionów ludzi. Świat liczył, że uda się zachować pokój i nie był przygotowany na sprzeciw wobec zbrodni.
Jeśli porównamy sobie ilość ofiar masakry nankińskiej z ilością ofiar w Hiroszimie i Nagasaki, z ilością ofiar alianckich bombardowań niemieckich miast, szybko uświadomimy sobie skalę ludobójstwa. Tak, masakrę nankińską należy bowiem tak nazwać i tak nazwała ją nieżyjąca już Iris Chang. Sama autorka to postać niezwykła- amerykańska historyczka chińskiego pochodzenia, od dzieciństwa słyszała o tej potwornej zbrodni. Przez lata zbierała materiały do tej właśnie książki, która przyniosła jej międzynarodową sławę. W czasie pracy nad kolejną książką o japońskich zbrodniach wojennych doznała załamania nerwowego i popełniła samobójstwo. Po lekturze Rzezi Nankinu zrozumiałem, że Chang jest ostatnią ofiarą japońskiej okupacji Chin.
Wróćmy jednak do samej książki. Sama rzeź mieszkańców wielkiego chińskiego miasta oczywiście wstrząsa czytelnikiem. Jednak wstrząs ten musi ustąpić pewnemu znużeniu. Oczywiście mordercy prześcigają się miedzy sobą okrucieństwem, jednak morderców jest dokładnie tylu, ilu liczyły sobie stacjonujące w Nankinie wojska japońskie. Repertuar zbrodni nie był więc wyszukany, jak w przypadku innych masowych mordów. W samej książce szokuje beznamiętne postępowanie morderców i ilość ofiar. Mordercy nie czuli do swych ofiar nienawiści. Ot było to jedno z wielu zadań, które należy wykonać, które wykonywali, nie widząc w swych ofiarach ludzi. Ich motywację można porównać do współczesnego wołania o „wyrwaniu chwastów” czy „oczyszczeniu atmosfery”. Doprawdy wiele musieli włożyć wysiłku japońscy przywódcy w tak głębokie odhumanizowanie Chińczyków w oczach swoich obywateli. Do rangi ciekawostki w tej nużącej prozie zbrodni, urastają zawody dwóch oficerów japońskich, którzy założyli się o to, który z nich pierwszy zabije stu Chińczyków.
Oczywiście nie wszyscy mieszkańcy Nankinu zginęli w czasie rzezi. W Nankinie znaleźli się bowiem ludzie, którzy uznali, że nie mogą stać z boku. Grupa cudzoziemców, którzy mieszkali i pracowali w mieście tworzy swoistą strefę bezpieczeństwa, w której starali się otoczyć opieką ludność cywilną. Opieka ta polegała na dostarczaniu żywności, interwencjach ratujących życie czy pomocy medycznej. Wśród tych bohaterów byli ludzie o odmiennych zapatrywaniach politycznych i religijnych, ludzie z odmiennych krajów, których łączyło tylko jedno- nie mogli patrzeć na zabijanie innych ludzi. Czytelnika polskiego szokować będzie obecność wśród tej garstki bohaterów dwóch Niemców, członków NSDAP. Nam członkowie NSDAP kojarzą się jedynie z ludźmi, którzy dążyli do supremacji jednego narodu nad drugim, którzy tak naprawdę powinni usprawiedliwiać tę zbrodnie w oczach świata. Oni jednak, ku naszemu zdziwieniu, obok przedstawicieli zachodnich demokracji i pracowników chrześcijańskiej organizacji charytatywnych, codziennie ratowali ludzi. Iris Chang szacuje, że każdy mieszkaniec miasta, który przeżył rzeź, został uratowany dzięki zaangażowaniu organizatorów strefy bezpieczeństwa.
Książkę kończy gorzka refleksja o staraniach japońskiej prawicy o tym, by prawda o Nankinie pozostała ukryta. Nas to nie dziwi, prawica na całym świecie jest bowiem taka sama, hołduje bowiem mitom o niewinności własnego narodu, zapominając o tym, że nie ma narodów niewinnych i idealnych, my nie możemy o tym zapomnieć, albowiem takie myślenie jest pierwszym krokiem do powtórki takich potworności, jakie zaczęły się w 1937 roku w Nankinie