
Na pierwszy rzut oka to kolejne wspomnienia uratowanego z zagłady. Jednak… Spójrzmy na drogę życiową Sama Pivnika – getto będzińskie, Auschwitz, Furstengrube i Cap Arcona. Każdy, kto interesował się z historią Holokaustu wie, co oznaczają te nazwy. Jednak nie one są aż tak ważne we wspomnieniach Pivnika. Ważne jest to, co zostało niedopowiedziane.
REKLAMA
Sam Pivnik miał szczególnego pecha. W dniu, w którym zgodnie z prawem mojżeszowym, stał się mężczyzną, wybuchła wojna. Dzień ten zapisał się podwójnie w pamięci naszego bohatera. Oto jako człowiek już dorosły miał wkroczyć w świat naznaczony niespotykanym dotąd okrucieństwem. Na drodze Pivnika stanęli ludzie, których nazwiska nawet po latach wzbudzały paniczny strach- Merin, Kurpanik, Mengele….
Pisanie czegokolwiek o losach naszego bohatera chyba nie ma sensu- te losy są typowe- upodlenie, wszechobecny, paraliżujący strach, wola przetrwania i wiele szczęścia. Bo Sam Pivnik w istocie miał szczęście, nie tylko przeżył getto, obóz zagłady i niewolniczą kopalnię, ale i ocalał ze zbombardowanego przez aliantów statku Cap Arcona. Zniszczenie Cap Arcony było jedną z tych tragicznych pomyłek wojennych, których skutkiem była śmierć ofiar nazizmu, śmierć, zadana przez aliantów. Więźniów, którym udało się wyskoczyć z płonącego statku, czekała śmierć w morskich odmętach, śmierć od kul załóg niemieckich kutrów ratunkowych, wreszcie śmierć z rąk tych „zwykłych Niemców”, którzy w ostatnich dniach wojny „polowali na zebry”. Nie był to jednak los Pivnika. Ocalał. I tu rozpoczyna się ta pełna niedomówień historia naszego bohatera. Wyobraźmy sobie bowiem kilku uwolnionych więźniów, którzy mimo wolności trzymają się razem, choć się nie cierpią i mieszkają w domu jednego ze strażników obozowych. Co ich właściwie łączy? Dążenie do rozpoczęcia normalnego życia w towarzystwie ludzi, którzy kojarzą się z czasami nienormalnymi? Wspólnota przeżyć z oberkapo, podejrzewanym o donosicielstwo? Wreszcie to życie w domu dawnego esesmana i rozważania nad udzieleniem mu alibi. Co kierowało więźniami, dla których naturalnym odruchem powinna być zemsta? Jakiś rodzaj syndromu sztokholmskiego? A może wdzięczność za okazane w ostatnich dniach wojny ludzkie odruchy? Dlaczego w takim razie po latach Pivnik dąży do wymierzenia sprawiedliwości? Pytania, pytania, pytania. I wreszcie to okrutne zwątpienie w szczerość wspomnień Autora… Czy jednak mamy prawo by w nią wątpić? Czy musimy go oceniać w tych czarno-białych kategoriach?
Sam Pivnik nie ma takich dylematów, krytycznie ocenia tych, którzy czerpali korzyści w czasach zagłady, tych, którzy chcieli przeżyć za wszelką cenę, nawet za cenę kolaboracji. Jednak w tych wspomnieniach jest coś, co każe nam się powstrzymać od oceny tych ostatnich postaw. Pamiętajmy o tym, że oceniać może tylko ten, który przeżył piekło na ziemi i oparł się pokusie. Pozostawmy więc ocenę samym ofiarom.
Sam Pivnik nie ma takich dylematów, krytycznie ocenia tych, którzy czerpali korzyści w czasach zagłady, tych, którzy chcieli przeżyć za wszelką cenę, nawet za cenę kolaboracji. Jednak w tych wspomnieniach jest coś, co każe nam się powstrzymać od oceny tych ostatnich postaw. Pamiętajmy o tym, że oceniać może tylko ten, który przeżył piekło na ziemi i oparł się pokusie. Pozostawmy więc ocenę samym ofiarom.
