wydawnictwo Czarne

Nie tak dawno mieliśmy okazję poznać historię akcji „białych autobusów”, z której do dnia dzisiejszego dumni są Szwedzi. Historia opisana w książce „W lesie wiedeńskim wciąż szumią drzewa” ukazuje drugie, mniej chwalebne oblicze Szwecji ostatnich lat pokoju i okresu II wojny światowej.

REKLAMA
Ruchy nacjonalistyczno rasistowskie nie należały w Europie do rzadkości. Początek XX wieku to okres budzenia się nacjonalizmu, poszukiwania tożsamości narodowej wynikającej ze wspólnego pnia etnicznego i wyznawanej religii a także wyznaczania wzorca prawdziwego członka wspólnoty narodowej. Każdy, kto odbiegał od wzorca postrzegany był jako obcy narodowo element, ktoś niepożądany. Partie o charakterze nacjonalistycznym powstawały praktycznie w każdym państwie europejskim. Taka partia powstała również w Szwecji, a jej najsłynniejszym członkiem stał się założyciel firmy IKEA.
Tradycyjnie neutralna Szwecja była jednym z kierunków ucieczki Żydów niemieckich, których położenie po Nocy Kryształowej stało się wręcz tragiczne. Każdy kierunek ucieczki był dobry. Marzeniem każdego, kto w hitlerowskich Niemczech miał niewłaściwego dziadka były oczywiście Stany Zjednoczone albo państwa Ameryki Południowej, były to bowiem miejsca bezpieczne od wpływów reżimu hitlerowskiego. W dalszej kolejności były to kraje europejskie, terytorium brytyjskiego mandatu w Palestynie i Szanghaj. W końcu dla zdesperowanych i nie mających innego wyjścia każdy kierunek był dobry, byle oddalał od niegdyś ukochanych, a teraz znienawidzonych Niemiec. Nie trudno się domyśleć, że kraje, które dopiero co wyszły z kryzysu ekonomicznego starały się nie wpuszczać na swoje terytoria ludzi, którzy tak naprawdę od samego początku byliby obciążeniem dla budżetu, a ich obecność wywoływałaby negatywne koszty polityczne. Szeregowi obywatele tychże państw nie byliby zachwyceni gdyby nagle pojawili się konkurenci na rynku pracy czy usług. Z tego więc względu możliwości emigracyjne niemieckich Żydów były poważnie ograniczone. Nas współczesnych może to oburzać, tak samo jak oburzać nas będzie zachwyt wielu Europejczyków nad polityką Niemiec. Jednakże pod koniec lat trzydziestych nikt nie mógł przewidzieć komór gazowych, cyklonu B i masowych mordów.... Uciekający Żydzi byli nie tylko tymi obcymi, konkurencją do pracy, a Hitler był nieco kontrowersyjnym, ale skutecznym politykiem. I tak właśnie postrzegali go zwykli ludzie, również w Szwecji. Dopiero, kiedy Holokaust zapukał do bram Europy wielu ludziom otworzyły się oczy. Dla Szwecji był to okres deportacji norweskich Żydów. Ten czas przekreślił szwedzkie sympatie prohitlerowskie. Wielu jednak ludzi, w tym Ingvar Kamprad, późniejszy założyciel Ikei, nadal pozostali sympatykami idei nacjonalistycznych i flirtu z Hitlerem. I o takich ludziach jest między innymi ta książka.
Paradoksem jest, że bliski przyjaciel Ingvara, Otto, był właśnie jednym z tych obcych uciekinierów. Co połączyło tych dwóch, jakże różniących się ludzi? Otto, ofiara Holokaustu, wysłany przez rodzinę do bezpiecznego kraju, dojrzewał bez jakiegokolwiek wsparcia. Traktowany jako zło konieczne, jako ktoś, kto jest tanią siłą roboczą, boleśnie przeżywał zarówno pełne niepokoju listy od rodziny, jak i dotkliwą samotność. Przeżycia te ukształtowały samotnika, kogoś, kto nie potrafił rozmawiać o własnych uczuciach, kogoś, kto do końca życia nie potrafił znaleźć sobie miejsca na ziemi.
Wrażliwi w czasie lektury będą odczuwać wręcz fizyczny ból. Ta książka wywołuje chęć krzyku i agresję wobec tych, którzy dalej pragną dzielić ludzi ze względu na posiadanych dziadków czy wyznawaną religię.