Bim,bam,bom, mogę wszystko
Maciej Wasielewski
Bim,bam,bom, mogę wszystko Maciej Wasielewski Biblioteka Gazety Wyborczej

Przyzwyczajeni jesteśmy uważać artystów za ludzi wyjątkowych, takich, którzy nawet w życiu prywatnym tworzą piękno. Taka dehumanizacja człowieka odbierająca prawo do wad i słabości bywa niebezpieczna dla fanów, którym trudno zrozumieć, że artysta może być niekiedy brutalny, zakompleksiony, że nie jest w życiu prywatnym tym samym człowiekiem, który dostarcza wzruszeń.

REKLAMA
Całe życie Bogdana Meca można sprowadzić do uporczywej walki o akceptację oraz do podporządkowywania sobie otoczenia. Smutne to, choć zrozumiałe. Każdy z ludzi, którzy doświadczyli odrzucenia z powodu swej odmienności może zrozumieć ten wieczny kompleks, który towarzyszy człowiekowi przez całe życie. Wygląd zewnętrzny, nazwisko, wyznawana religia czy kalectwo. Wszystko to może być powodem odrzucenia w dzieciństwie przez otoczenie. Dzieci są bowiem okrutne w swej szczerości. Empatia czy nawet zwykła obłuda każe dorosłym powstrzymywać słowa, które małe dzieci wypowiadają z taką łatwością, a to z kolei ciągnie się za człowiekiem przez całe życie. Rozumiemy więc noszenie w sobie ran z dzieciństwa. Jednakże czy mogą one usprawiedliwić każde zachowanie człowieka już dorosłego? Autor książki „Bim, bam, bom, mogę wszystko” zdaje się odpowiadać twierdząco na te pytanie. Czy słusznie?
Wychowanie w rodzinie protestanckiej, dzieciństwo na skraju nędzy, dręczenie przez inne dzieci. To obraz dzieciństwa Bogusława Meca. Młodość to powodzenie na estradzie, alkohol, piękne kobiety i życie lekkoducha. Wiek dojrzały to starania o materialną stabilizację i walka z bezwzględną chorobą. Z tego ogólnego obrazu wyłania nam się piosenkarz, który w jakiś sposób pogubił się w swoim życiu. Smutne to było życie. Z pozoru barwne, z pozoru szczęśliwe, wypełnione jednak było stałym udawaniem. Tak naprawdę bowiem artysta nie wyszedł nigdy z roli małego chłopca, który uciekał przed agresją innych dzieci. Nawet będąc dojrzałym mężczyzną zakładał maskę pewnego siebie arbitra upodobań tłumów, gardząc jednocześnie tymi, którzy go wielbili. Chciałoby się wierzyć, że nie jest to prawdą, że te pełne pogardy słowa o robotnikach z fabryk, których spędzano do hal, by liznęli kultury słuchając wielkich artystów, były nadinterpretacją Macieja Wasielewskiego. Wszystko jednak wskazuje, że ten wrażliwy na scenie artysta niezbyt wysoko cenił odbiorców śpiewanych przez siebie piosenek. Szkoda, bowiem Jej portret zawsze będzie wzruszać.

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?