
Przyznam, że mam mały problem z napisaniem czegoś o książkę Petersa Wilhelma. Bo cóż można napisać o książce, której akcja dzieje się w zakładzie pogrzebowym? Śmierć jako coś, z czym mielibyśmy mieć do czynienia na co dzień? To się nie mieści w głowie, to musi skrzywić człowieka. Wyobrażamy sobie przedsiębiorcę pogrzebowego jako kogoś, kto żyjąc ze śmierci innych, powoli, ale systematycznie przyzwyczaja się do nieszczęść ludzkich, często nie okazując zmarłym należnego im szacunku. A jednak Peter Wilhelm udowodnił, że właśnie obcowanie ze zmarłymi uwrażliwia na ludzkie cierpienie. O ile jest ono szczere.
REKLAMA
Kilkanaście autentycznych zdarzeń z dnia powszedniego prowincjonalnego zakładu pogrzebowego spisane przez właściciela zakładu pogrzebowego. Już sama zapowiedź musi wzbudzić dreszcz emocji. Nie wiemy czego się po książce spodziewać. Czy będzie to czarny humor? A może wnikliwa obserwacja zmian, jakie zachodzą w ludziach pracujących w branży funeralnej? Czego możemy spodziewać się po książce? Wzruszeń, czy niesmaku wywołanego reakcjami ludzi, którzy spotkali się ze śmiercią swych bliźnich? Ciężko było sięgnąć po tę książkę, jednak już po przeczytaniu pierwszych słów, trudno było się od niej oderwać. Książka bowiem zawiera wszystko, czego po niej mogłem się spodziewać. Wszystko, z wyjątkiem pogardliwego traktowania ludzkiego ciała.
Śmierć zawsze fascynowała i przerażała jednocześnie. Fascynacja wynika z odwiecznej tajemnicy życia pozagrobowego i nieuchwytności chwili, kiedy umiera człowiek. Śmierć przeraża, albowiem wobec śmierci jesteśmy bezradni, a bezradność musi wzbudzać strach. Sam moment śmierci uruchamia cały kulturowy model postępowania, począwszy od przygotowania zwłok aż do samej organizacji pogrzebu. Powierzając to ostatnie specjalistom oczekujemy, że będą przynajmniej udawali współczucie, że będą wobec nas delikatni, że nie zranią naszych uczuć słowem lub zachowaniem. Kiedy nie doświadczamy zachowania, którego się spodziewamy nasz ból jest zwielokrotniony.
Kimś, komu z pewnością chcielibyśmy powierzyć zorganizowanie pogrzebu, jest właśnie Autor tej książki. Z jednej strony fachowa, beznamiętna porada, z drugiej zrozumienie bólu i słowa pociechy, na które może liczyć każdy pogrążony w żałobie. Czytelnik ma pewność, że trzydziestoletnia praca w branży funeralnej nie zmieniła Petera Wilhelma. Pozostał on wrażliwy na cierpienie rodzin zmarłych. Przeżycia rodzin implikują odczucia Autora. Potrafi on płakać wraz z ojcem tragicznie zmarłego chłopca lub też ze wstrętem wynosić zwłoki zaniedbanego człowieka, którego wstydziła się najbliższa rodzina. W tych momentach postrzegamy Autora jako lustro ludzkich zachowań, zaczyna nam się kojarzyć z upodabniającym się do otoczenia Zeligiem. Niech jednak nie zmyli nas to wrażenie. Lekceważenie śmierci i zmarłych nie spodoba się Autorowi i nie powieli on tego zachowania. Być może nie wyrazi swej dezaprobaty słowem lub gestem, ale na pewno w jakiś sposób ją okaże.
Ci, którzy spodziewali się po „Zakładzie…” czytadła z gatunku czarnego humoru mogą być zawiedzeni. Wilhelm bowiem napisał dość przygnębiającą recenzję zachowań współczesnego człowieka zupełnie nie przygotowanego na śmierć swoich bliźnich.
