
Polska lat sześćdziesiątych XX wieku to scena II tomu pamiętników Jerzego Zawieyskiego, człowieka, który starał się pogodzić polski socjalizm z kościołem katolickim. Ostatnie lata życia Zawieyskiego są jednocześnie tymi latami, które zmieniły oblicze naszego kraju pozbawiając jednocześnie złudzeń tych, którzy stali się później ikonami walki o demokratyzację kraju. Spójrzmy na te lata oczami tego, który w założeniu miał być listkiem figowym systemu, a który to w ostatecznym rozrachunku, jako jedyny sprawiedliwy, potrafił powiedzieć systemowi głośne „nie”.
REKLAMA
Początek lat sześćdziesiątych to dla Zawieyskiego okres względnego dobrobytu, spełnienia, a co za tym idzie zadowolenia z siebie. Poseł katolicki do Sejmu i członek Rady Państwa nie jest już tym samym skazanym na milczenie pisarzem. Wreszcie obsypywany przywilejami, drukowany i szanowany, wreszcie może pysznić się służbowym samochodem i wczasami w Bułgarii, cieszyć się posiadanym mieszkaniem, planować zakup własnego domku, słowem korzystać z tego, co było niedostępne dla przeciętnego zjadacza chleba.
Powodzenie to nie przewróciło Zawieyskiemu w głowie. Swój poselski mandat traktuje nasz bohater jako obowiązek spełnienia misji polegającej na naprawie peerelowskiej rzeczywistości oraz na poprawie stosunków państwo-kościół. Dziś, z perspektywy czasu, takie nastawienia może wydawać się naiwne, wtedy jednak nikomu nie śnił się upadek systemu komunistycznego, rozpad ZSRR czy zjednoczenie Niemiec, a ewentualne marzenia o tym postrzegane były jako mniej realne od lądowania na Marsie. Próba wpływu na rządzących, na system, pogodzenie państwa z kościołem miały doprowadzić do ewolucji komunizmu w stronę bliżej niezidentyfikowanej utopii łączącej sprawiedliwość społeczną w stylu Marksa ze wspólnotą pierwszych chrześcijan. Starania Zawieyskiego przypominają z jednej strony walkę z wiatrakami, z drugiej zaś są krytyczną recenzję PRL u tamtych czasów. Krytyka ta jest jednak daleka od tej, którą lansują obecnie prawicowi publicyści historyczni. Tym ostatnim w głowie się zapewne nie może pomieścić, iż w tym znienawidzonym PRL u kaleki kombatant walk o utrwalenie władzy ludowej, czyli po prostu ubek, mógł zostać pozbawiony mieszkania i żyć de facto na ulicy, klepiąc biedę? Jaki szok musieliby przeżyć czytelnicy prawicowych piśmideł, gdyby przeczytali w nich, że Gomułka sondował Watykan, czy ten ostatni jest skłonny zawrzeć konkordat z państwem komunistycznym? Jak dzisiejsza prawica wytłumaczyła by się ze służalczości posłów Paxu, którzy niejednokrotnie atakowali, na zamówienie pezetpeerowskiego betonu, takich właśnie ludzi jak Zawieyski, Stomma, Kisielewski czy Mazowiecki? Na ile zachwiało by to światopoglądem nieco bardziej inteligentnego zwolennika prawicy, gdyby przedstawiono mu nieco inny obraz tamtych lat?
Te pracowite i dające spełnienie lata kończą dwa zgrzyty. Pierwszy to marcowa nagonka roku 1968, drugi, to zbrojna interwencja w Czechosłowacji. Oba te wydarzenia nie pozostawiały złudzeń co do intencji Gomułki i represyjności systemu, były więc egzaminem dla ludzkich charakterów. Egzamin ten Zawieyski zdał na piątkę. Jako jedyny z rady państwa sprzeciwił się czystce antysemickiej, a jego koło zaprotestowało na sali sejmowej przeciw udziałowi wojsk polskich w tłumieniu praskiej wiosny. Śmierć w 1969 roku oszczędziła Zawieyskiemu dalszych prób. Nie dane mu było przeżywać grudnia 1970 roku, nie dane mu było uczestniczyć w demontażu PRL u. Jednakże jego zdecydowane „nie” wypowiedziane w chwili, gdy tylko nieliczni odważyli się na sprzeciw, sprawia, że Jerzy Zawieyski należy do tych, którzy przyczynili się do osłabienia systemu komunistycznego.
