
W przeddzień kolejnej rocznicy wkroczenia wojsk sowieckich do Polski mamy okazję poznać wspomnienia Stefana Waydenfelda. Autor, jako nastolatek został zesłany w głąb Związku Radzieckiego, gdzie pracując przy wyrębie lasów na niesławnej lodowej drodze, podjął codzienną walkę o przeżycie i zachowanie człowieczeństwa. Relację Stefana Waydenfelda można by określić jako typową relacją Polaków, którzy część wojny spędzili na nieludzkiej ziemi. Nie ma jednak typowych relacji. Każdy z represjonowanych pisał własną, niepowtarzalną historię, dlatego tak chętnie sięgamy po ich wspomnienia.
REKLAMA
Nieszczęściem Polski w czasie II wojny światowej było to, że znalazła się pod panowaniem dwóch systemów totalitarnych- nazizmu i komunizmu. Oba systemy miały jasno wykreowanego wroga. Wrogiem tym był każdy, kto chciał zachować niezależność w myśleniu, sposobie życia , wrogiem też był ten, kogo można było podejrzewać o aspirowanie do niezależności. Nic dziwnego, ludźmi potulnymi, gotowymi wyrzec się swoich ideałów, wyrzec się dotychczasowego życia, rodziny i przyjaciół, łatwiej jest rządzić.
Za wrogów ludu została uznana rodzina Stefana Waydenfelda. Przedstawiciele polskiej inteligencji byli tymi, którzy jako pierwsi mogli wznieść zarzewie buntu przeciw władzy sowieckiej. Z punktu widzenia komunistów byli nie tylko potencjalnymi, ale i rzeczywistymi wrogami ludu. Żelazna, sowiecka logika nakazywała przenieść rodzinę Waydenfeldów do ukrytej w lasach wioski Kwasza, w której dotychczasowi wrogowie ludu mieli odpokutować swe winy przy wyrębie lasów. Ciężkie warunki niektórych demoralizują, innych zaś wzmacniają, człowiek w obliczu zagrożenia ujawnia zarówno jasne jak i ciemne strony swojej osobowości. Nie możemy się więc dziwić, iż wśród towarzyszy niedoli Autora znajdowali się ludzie podli. Przekaz Autora jest jednak prosty. Nie należy oceniać człowieka za jego słabość. Waydenfeld nie potępia więc donosiciela, z którym mieszkał w jednym baraku, a który każdego dnia stanowił zagrożenie dla reszty osadzonych. W swojej postawie Autor jest konsekwentny. O podłościach, których doświadczał od współobywateli wspomina tak, jakby relacjonował jedną z wielu niedogodności, jakie mogły spotkać każdego człowieka. A przecież strata butów, kilkudziesięciu rubli, czy wykluczenie z transportu wiozącego Polaków do Iranu, mogły równać się śmierci nie tylko Autora, ale i jego rodziny. To polskie piekiełko było więc nie mniej uciążliwe dla zesłańców niż sowieckie represje. Dlatego chyba jest ono tak trudno akceptowalne dla nas, zaś jego istnienie zawsze było na rękę tym, którzy chcieli zaszkodzić Polsce.
Co jeszcze odróżnia relację Stefana Waydenfelda od innych relacji ludzi zesłanych na nieludzką ziemię? Otóż Waydenfeld nie dokonuje uproszczeń w swej ocenie sytuacji. Nie ma więc oskarżania Żydów en masse o kolaborację z Sowietami, nie ma również idealizowania postaw Polaków, którym Autor zarzuca często antysemickie postawy. Nie spodoba się więc ta książka tym, którzy tak wiernie strzegą mitu Polski - Chrystusa narodów.
