
Przejmująca historia choroby, zapis przeżyć człowieka, który z dnia na dzień przeistoczył się z aktywnej, pełnej życia osoby w bezwolne warzywo.
REKLAMA
Wyobraźmy sobie, że nie możemy ruszyć dłonią, że nie możemy się odezwać, że cała nasza aktywność życiowa sprowadzona została do poruszania jedną tylko powieką. Spróbujmy tak funkcjonować. Ile wytrzymamy? Godzinę, dwie, czy może cały dzień? Być może po takim eksperymencie będziemy potrafili zrozumieć, co czuł Jean-Dominique Bauby.
Zapis pobytu szpitalnego i tęsknot za dawnym życiem. W tej tęsknocie najbardziej przejmująca jest świadomość, że to dawne życie nigdy nie wróci. Pozostają więc wspomnienia o smaku potraw, zapachu kobiecych perfum, wietrze we włosach. Wspomnienia, które jednego doprowadzałyby do szału, Autorowi zaś pozwalają znosić trudy szpitalnego życia. Trudno doprawdy pisać o tym, jak wyglądała egzystencja Bauby, a sam autor nie ułatwia mi zadania. Czarny humor i dystans jaki ma do swej choroby musi przerażać. Nasz świat jest światem, w którym cenimy zdrowie i piękno. Staramy się nie dostrzegać chorych, a kiedy ci pojawiają się w naszym towarzystwie to psują nam nastrój na resztę dnia. Bauby zmienia nam postrzeganie chorego, ale nie usuwa lęku przed chorobą. Dlatego trudno jest czytać Skafander przed snem, trudno jest sięgać po niego dla rozrywki, trudno jest z nią wytrzymać. A jednak bardzo trudno się oderwać od tej książki.
Ta książka została wymrugana. Mozolne powtarzanie liter alfabetu w oczekiwaniu na mrugnięcie powieką, domyślanie się każdego słowa, cierpliwe sklecanie całych zdań. Trudno sobie wyobrazić jak benedyktyńską musiała być praca nad Skafandrem. Te oczywiste trudności wymusiły szczupłość samej książki. A jednak w tej szczupłości nie dostrzegamy żadnej wady. Nie ma w niej myśli nieskończonej, nie ma frazy zbędnej czy niezrozumiałej. I to właśnie najbardziej przemawia z kart Skafandra..
