
Atlantyda to synonim raju utraconego. Miejsce pełne szczęścia, miejsce utracone na zwasze. Dla Edwarda Kajdańskiego mityczną Atlantydą jest mandżurski Harbin. Życie autora w Mandżurii nie było oczywiście usłane płatkami róż, jednak wspominanie lat młodości ma to do siebie, że pamiętamy o chwilach pięknych, starając się idealizować własne przeżycia. Aby je poznać i samodzielnie ocenić, cofnijmy się do tej mandżurskiej Atlantydy zatopionej przez Mao Tse Tunga.
REKLAMA
Polacy na Dalekim Wschodzie to niewyczerpany, a także niedostatecznie eksploatowany temat badań historyków. Nic dziwnego, dla naszych historyków ciekawszy jest partyzant wysadzający mosty w Polsce od inżyniera stawiającego mosty czy fabryki na drugim krańcu świata. O dokonaniach Polaków prowadzących badania geologiczne czy etnograficzne wspomina zaś się tylko wtedy, gdy przed ich rozpoczęciem mogli się legitymować martyrologicznymi dokonaniami. Z tego więc powodu z zadowoleniem sięgnąłem po książkę Kajdańskiego i nie zawiodłem się. Autor zapewnił mi ucztę, w której daniem głównym była historia jego życia.
Harbin w okresie międzywojennym był miastem kosmopolitycznym. Mandżurowie, Chińczycy, Rosjanie, Polacy a nawet Szwajcarzy. Miasto to tętniło życiem, bogaciło się. Było idealnym miejscem do życia dla poszukiwaczy majątku, ludzi bez ojczyzny oraz dla awanturników wszelkiego autoramentu. Edward Kajdański ma to szczęście, że urodził się w stosunkowo zamożnej rodzinie. Aż do trzynastego roku życia Autor żyje sobie beztrosko korzystając zarówno z pieniędzy ojca jak i dzieciństwa. Po śmierci ojca młody Kajdański musi przewartościować swe życie. Zamiana domu na malutki piwniczny pokoik, brak pieniędzy na „porządne europejskie jedzenie” zmusza chłopca, by spojrzał na świat z innego punktu widzenia. Od tej pory Autor musi zacząć myśleć jak człowiek dorosły, od tego dnia musi uczestniczyć w zarabianiu na utrzymanie, a jednocześnie musi kontynuować naukę. Pomysłowość, intelekt a także notes pozostawiony przez ojca, potrafią ułatwić zarówno jedno, jak i drugie.
Lata trzydzieste w Mandżurii nie są jednak zbyt bezpieczne dla dorastającego chłopca. To lata, kiedy powstaje marionetkowe cesarstwo Mandżukuo. Mandżukuo przestaje być miejscem, w którym robi się złote interesy, ludzie zachodu pozostają pod stałą obserwacją, największe jednak niebezpieczeństwo grozi bezpaństwowcom. Bezpaństwowość zaś grozi Kajdańskiemu. Po śmierci ojca jego matce odmówiono polskiego obywatelstwa, a to samo grozi i jemu. Na polski paszport przyjdzie czekać Autorowi aż do 1941 roku, zaś zgodę na powrót do Polski będzie czekać aż do 1951 roku. Polski paszport, nawet kiedy utracił już swą ważność, jest istnym skarbem. To dzięki niemu możliwe było rozpoczęcie studiów, chronił przed rekrutacją do formacji pomocniczych cesarstwa Mandżukuo, dawał też nadzieję na jaśniejszą nieco przyszłość. Dzięki niemu chłopiec zdobywa pewność siebie i coraz śmielej kroczy po ścieżce życia człowieka prawie dorosłego.
Kajdański wspominając swe życie, nakreślił nam obraz Madżurii, która odeszła w zapomnienie. Pokazał jak wyglądał upadek kosmopolitycznego miasta. Jednocześnie krytycznie opisał funkcjonowanie polskich organizacji w Harbinie, a także niedelikatne postępowanie polskiego konsula w tym mieście. Nawet w tak małej społeczności jak harbińska polonia znalazło się miejsce dla polskiego piekiełka.
Swe wspomnienia Autor zamyka rokiem 1951, rokiem jego repatriacji do Polski. Kilka lat później Harbin, jaki zapamiętał Kajdański, zniknął z woli Mao Tse Tunga.
