
Uważali się za elitę i faktycznie nią byli. Intelektualiści, absolwenci kierunków humanistycznych i prawniczych. Doktorzy nauk, którzy weszli na drogę akceptowalnej przez państwo zbrodni. Odrzucili ideały, które musieli przecież przyswoić sobie w czasie studiów. Stali się intelektualną elitą zbrodniczego zakonu SS.
REKLAMA
Urodzili się w czasie I wojny światowej, dorastali po jej zakończeniu, wielu z nich wojna pozbawiła kogoś bliskiego, zaś powojenny kryzys, ekonomicznych podstaw egzystencji. Wychowani zostali w poczuciu krzywdy jaka spotkała Niemcy po przegranej wojnie. Haniebność traktatu wersalskiego przypominano im na każdym kroku, w szkole na studiach, w gronie rodzinnym i na spotkaniach studenckich korporacji. Wierzyli, że jako elita Niemiec będą mogli przywrócić niemiecką dumę. Tymczasem żyli z syndromem oblężonej twierdzy. Ich postrzeganie świata było proste- oto Niemcy są bezbronne i otoczone przez wrogów, a przyszła przestrzeń życiowa dla Niemiec leży na Wschodzie, tam, gdzie Niemcy odnosili spektakularne zwycięstwa w czasie Wielkiej Wojny.
Same poglądy jeszcze nie oznaczają zbrodni. Próba wcielenia ich w życie już tak.
III Rzesza dała niemieckiej elicie niespotykaną dotąd szansę spełnienia wszystkich aspiracji. Wystarczyło tylko podporządkować się woli Wodza i wstąpić w szeregi zakonu nazizmu. Wstępujący do SS absolwenci wyższych uczelni mogli zrobić błyskotliwą karierę, mogli też egzystować w cieniu swoich kolegów. Wszystko zależało od ich aktywności i poziomu radykalizmu. Zauważalni byli ci najbardziej radykalni i pomysłowi, im przypadały zaszczyty oraz największe zbrodnie. Z nich wywodzili się ludzie, którzy wcielali w życie eugenikę, mordowanie chorych i zniedołężniałych, oni też dokonywali wyboru tych, którzy mieli nadawać się do zniemczenia, odpowiadali za porywanie dzieci, za masowe mordy tych, którzy nie pasowali do aryjskiej wizji germańskiej Europy. Ciekawym jest, że ludzie ci nie wstydzili się swoich zbrodni. Można by zrozumieć, że chełpili się swoimi czynami w gronie kolegów, niezrozumiałym jest jednak, że relacjonowali je w listach do swych rodzin, jakby byli przekonani o tym, ze rodziny to zaakceptują. Czy to tylko efekt długotrwałego odhumanizowania ofiar? A może przyczyna leżała gdzie indziej? Prosty żołnierz lub gospodyni domowa widząc, że absolwent Heidelbergu z tytułem doktora nie wstydzi się mordowania żydowskich kobiet i dzieci, może uznać, że czyn taki nie ma nic wspólnego ze zbrodnią, wręcz przeciwnie, jest godny pochwały, uwiecznienia na fotografiach, w listach czy pamiętnikach. Jeśli pójdziemy tym tokiem rozumowania, to niemiecka inteligencja zamiast strzec moralnych wyborów narodu dokonała jego spustoszenia, przenicowała sumienia i zwielokrotniła zbrodnie nazizmu. Tak więc cała elita Niemiec poniosła moralną klęskę, a książka Ingrao jest groźnym memento na przyszłość. Nikt bowiem nie może uznać się za niezdolnego do zbrodniczych czynów, każdy więc musi pamiętać o prostych i oczywistych zasadach humanitaryzmu.
III Rzesza dała niemieckiej elicie niespotykaną dotąd szansę spełnienia wszystkich aspiracji. Wystarczyło tylko podporządkować się woli Wodza i wstąpić w szeregi zakonu nazizmu. Wstępujący do SS absolwenci wyższych uczelni mogli zrobić błyskotliwą karierę, mogli też egzystować w cieniu swoich kolegów. Wszystko zależało od ich aktywności i poziomu radykalizmu. Zauważalni byli ci najbardziej radykalni i pomysłowi, im przypadały zaszczyty oraz największe zbrodnie. Z nich wywodzili się ludzie, którzy wcielali w życie eugenikę, mordowanie chorych i zniedołężniałych, oni też dokonywali wyboru tych, którzy mieli nadawać się do zniemczenia, odpowiadali za porywanie dzieci, za masowe mordy tych, którzy nie pasowali do aryjskiej wizji germańskiej Europy. Ciekawym jest, że ludzie ci nie wstydzili się swoich zbrodni. Można by zrozumieć, że chełpili się swoimi czynami w gronie kolegów, niezrozumiałym jest jednak, że relacjonowali je w listach do swych rodzin, jakby byli przekonani o tym, ze rodziny to zaakceptują. Czy to tylko efekt długotrwałego odhumanizowania ofiar? A może przyczyna leżała gdzie indziej? Prosty żołnierz lub gospodyni domowa widząc, że absolwent Heidelbergu z tytułem doktora nie wstydzi się mordowania żydowskich kobiet i dzieci, może uznać, że czyn taki nie ma nic wspólnego ze zbrodnią, wręcz przeciwnie, jest godny pochwały, uwiecznienia na fotografiach, w listach czy pamiętnikach. Jeśli pójdziemy tym tokiem rozumowania, to niemiecka inteligencja zamiast strzec moralnych wyborów narodu dokonała jego spustoszenia, przenicowała sumienia i zwielokrotniła zbrodnie nazizmu. Tak więc cała elita Niemiec poniosła moralną klęskę, a książka Ingrao jest groźnym memento na przyszłość. Nikt bowiem nie może uznać się za niezdolnego do zbrodniczych czynów, każdy więc musi pamiętać o prostych i oczywistych zasadach humanitaryzmu.
