
Charles Lindbergh był ikoną współczesnej sobie Ameryki. Człowiek, który jako pierwszy samotnie przeleciał Atlantyk był rozpoznawalny przez każdego Amerykanina. Jego popularność była większa niż popularność gwiazd kina. Życie przy kimś takim może być bajką albo koszmarem…
REKLAMA
Anne Morrow była jedną z kobiet, których przeznaczeniem miało być spędzenie całego życia u boku męża. Takie kobiety wychodziły zazwyczaj za kogoś z elity amerykańskiego społeczeństwa, WASPa, absolwenta Harwardu bądź Yale, kierującego fabryką założoną jeszcze przez dziadka – założyciela rodu. Swój czas dzieliłaby między dzieci, bale charytatywne i plotki z przyjaciółkami. I takie zapewne byłoby życie naszej bohaterki, gdyby na jej drodze nie stanął Charles Lindbergh.
Ameryka lat dwudziestych była zakochana w Lindberghu. Każdy bowiem uwielbia młodość, piękno i odwagę, a wszystko to utożsamiał sobą nasz bohater. Popularność może jednak męczyć. Sam Lindbergh musiał uciekać przed rzeszą wielbicieli obu płci, każdy bowiem potrzebuje odrobiny prywatności. Na każdą młodą dziewczynę zainteresowanie takiego bohatera przestworzy działa jak narkotyk i Anne nie była wyjątkiem. Tak zaczął się trudny związek dwojga ludzi pełen zdrad, zazdrości i tworzenia pozorów, związek, w którym żona nie akceptowała fascynacji politycznych i rasistowskich fobii męża, broniąc go jednocześnie przed atakami opinii publicznej. Relacje między tym dwojgiem ludzi są w pewnym stopniu chore. Całość rodziny jest dla Anne wartością nadrzędną. Rodzina ma przetrwać bez szwanku, mimo licznych romansów i stałych pozamałżeńskich związków męża. A przecież nasza bohaterka nie była jedną z tych kur domowych, dla których liczyły się kuchnia, dzieci i kościół. Czy była to wdzięczność za wprowadzenie w fascynujący świat lotnictwa? A może to jest przykład tej prawdziwej miłości? A jeśli tak, to jak wytłumaczymy zagadkową decyzję naszej bohaterki o miejscu swego pochówku? Na to pytanie każdy z nas znajdzie z pewnością własną odpowiedź.
Melanie Benjamin napisała książkę o kobiecie dla kobiet. Czy to zarzut? Nie, jeśli książka ta nie jest czytadłem z gatunku bajki o biednej dziewczynie poślubiającej księcia z bajki. A ta książka z pewnością taką nie jest. Polskiego czytelnika może razić język, którym została opowiedziana cała historia. Niestety to język współczesnej Ameryki i język, którym będą posługiwać się zapewne nasze wnuki.
