
Witold Kieżun. Ekonomista, autor podręczników, z których uczyło się wielu studentów ekonomii. Powstaniec warszawski, pracownik NBP, naukowiec. Człowiek z dość wyrazistymi i kontrowersyjnymi poglądami na współczesną Polskę i świat. W rozmowie biograficznej z Robertem Jarockim poznajemy Profesora takim, jakim chciałby być przez nas postrzegany. Jednakże czy tak przedstawiony Witold Kieżun może wzbudzać szacunek?
REKLAMA
Witolda Kieżuna nie sposób oceniać jednoznacznie. Absolwent elitarnego przedwojennego liceum, konspirator, bohater powstania warszawskiego, więzień sowieckich łagrów, znany i uznany ekonomista. To jedna twarz Profesora. Druga twarz to człowiek niekonsekwentny w swoich poglądach politycznych o życiorysie, który każe stawiać różne pytania.
Wyobraźmy sobie lata czterdzieste dwudziestego wieku. Dawny powstaniec warszawski, przebywający w sowieckim łagrze wraca do Polski. Spokojnie studiuje, rozpoczyna pracę w renomowanej instytucji naukowej, korzysta z przywilejów ludzi władzy, a nawet ostrzega swego przełożonego przed grożącym mu aresztowaniem. A głupie UB daje się wodzić za nos nie widząc żadnego, rzeczywistego lub urojonego, zagrożenia dla komunistycznego panowania. UB, które szukało zdrajców w przeróżnych instytucjach nie niepokoi młodego ekonomisty, dla którego największym zmartwieniem wydaje się być jedynie praca w NBP, a co za tym idzie zachowanie mieszkania w Warszawie. Jakoś niekonsekwentna jest ta komuna lat pięćdziesiątych, skoro aresztuje wielu generałów, zaś modelowemu „wrogowi ludu” pozwala żyć w spokoju.
Dalsza kariera Profesora rozwija się wręcz błyskawicznie. Kierownik wzorcowego oddziału banku, pracownik naukowy, wykładowca, którego wiedza pozwala na lepsze zorganizowanie pracy wielu instytucji państwowych. W tle stała obawa o tym, by nikt nie upomniał się o przeszłość. Liczne pobyty zagraniczne, które zapewne miały być przejawem gnębienia Profesora przez władzę ludową. Ciekawy jest ten ostatni pobyt, któego celem miało być budowanie demokracji w Burundi i Rwandzie, a który zaowocował znajomością i przyjaźnią z obecnym arcybiskupem Hoserem, człowiekiem podobno sympatycznym, dobrym i ciepłym. Wreszcie powrót do kraju, próba powrotu do pracy naukowej w uczelni Koźmińskiego, współpraca z wieloma politykami i zagadkowa, operetkowa wręcz, próba zamachu na życie samego Profesora. Całość ubarwiona ciągłym narzekaniem o to, że na całym świecie dorabia się Polsce twarz sprawcy Holokaustu poprzez używanie określenia „polskie obozy koncentracyjne”. Starałem się w czasie lektury przypomnieć sobie, czy Witold Kieżun wysilił się na najprostszy choćby sposób zaprotestowania przeciw temu określeniu. Trzy lata temu Kosciuszko Foundation zbierała podpisy pod petycją skierowaną do amerykańskich mediów przeciwko używaniu tego określenia. Osoby publicznie znane, z tytułami naukowymi, przedstawiciele świata polityki czy też autorytety moralne, figurowały na pierwszej stronie. Nie przypominam sobie, bym znalazł na niej nazwisko człowieka, którego podręcznikami byłem zachwycony.
Doprawdy zaczynam żałować, że przeczytałem tę książkę. Po raz kolejny zrozumiałem, że świetny fachowiec nie musi być człowiekiem godnym szacunku. Czasami jednak warto zrozumieć, że król jest nagi.
