
Każdy z nas chce być piękny i jest to naturalne. Czy jednak piękno daje szczęście? Na to pytanie stara się udzielić odpowiedzi Toni Morrison w swej debiutanckiej, dotąd nie publikowanej w Polsce powieści.
REKLAMA
W latach pięćdziesiątych XX wieku przeprowadzono w Stanach Zjednoczonych badania wśród kolorowych mieszkańców Ameryki. Wyniki wstrząsnęły postępową częścią społeczeństwa. Okazało się bowiem, że poddane badaniom dzieci utożsamiały piękno z jasnym kolorem skóry. Bycie pięknym oznaczało nie tylko posiadanie jasnej skóry, ale też prostych włosów, wąskiego nosa i ust. Mimo zniesienia segregacji rasowej te kanony piękna pozostały niezmienione. To właśnie przekonanie o takim, a nie innym pojęciu piękna kazało Michaelowi Jacksonowi poddawać się kolejnym operacjom plastycznym.
Niedostatki własnej urody uświadamiamy sobie, kiedy zobaczymy kogoś zgrabnego i pięknego. Dla małej Pecoli nastąpiło to w chwili, gdy ujrzała wizerunek Shirley Temple. Od tej chwili dziewczynka pragnie mieć piękne niebieskie oczy, skarb, który ukryje niedostatki jej urody.
Małą Pecolę prześladował pech od samych narodzin. Dziewczynka przyszła na świat w rodzinie stojącej na samym dole społeczeństwa. Toni Morrison przedstawiła hierarchię społeczną brutalnie. Afroamerykanie dzielili się na „kolorowych” i „czarnuchów”. Te dwie grupy dzieliła przede wszystkim zaradność życiowa pozwalająca na osiągnięcie określonego statusu materialnego. Rodzice Pecoli byli najbiedniejszymi i najmniej zaradnymi spośród wszystkich „czarnuchów”, dziewczynka mogła więc liczyć na litość dorosłych, jednak większość dzieci była wobec niej bezwzględna. I ta właśnie tłamszona przez los dziewczynka otrzymała pewnego pięknego dnia wymarzone niebieskie oczy. Czy oczy te zmienią cokolwiek w jej życiu? Czy uroda może uczynić kogokolwiek szczęśliwym?
„Najbardziej niebieskie oko” przygnębia, każąc jednocześnie zastanowić się nad tym, co w naszym życiu jest ważne i tym, jacy się stajemy pod wpływem naszego otoczenia.
