Red Juliette, numer "Golden Butterfly"
Red Juliette, numer "Golden Butterfly" fot. Anna Wojtecka, miejsce: Worek Kości

Samotni, przeładowani pracą? Inwigilowani przez szefów i pomocne im narzędzia technologiczne? Ten tekst jest dla Was. Mam też dla Was lekarstwo (bynajmniej nie jest to szczepionka!) testowane tylko na ludziach w warunkach nielaboratoryjnych.

REKLAMA
Choćbyście słyszeli nie wiem ile o cudownych zaletach zdalnej pracy, o oszczędnościach stąd wynikających i sprawniejszej organizacji firmy, nie ukrywajmy - spotkania online wyciągają z Was więcej energii, niż zebrania face to face w biurze. Już udowodnione! Obecność na zdalnym spotkaniu wymaga całkiem sporo emocjonalnego wysiłku. Wiele z pozawerbalnych środków komunikowania się jest niemożliwych, gdyż pokazujemy jedynie naszą twarz. To co możemy przekazać układem całego ciała i mikrogestami pozostaje niewidoczne i nieczytelne. Więcej energii musimy włożyć w swoje wypowiedzi i reakcję na słowa innych. Psychologia nie raz udowadniała, że klucz do sukcesu w komunikacji stanowi mowa ciała i na niej nasi rozmówcy skupiają się bardziej. Ktoś nalewa nam kawy, my nalewamy komuś wody, coś się dzieje, zachodzą mikrosytuacje, które rozładowują napięcie, albo przekierowują je gdzie indziej. Ktoś strzela oczami do innej osoby, mrugnie, uśmiechnie się, toczy się równolegle historia dodająca pikanterii spotkaniu lub wręcz przeciwnie - toczą się mikrowojny, równie emocjonujące. Ponadto patrzenie na swoją twarz na ekranie też nie jest komfortowe. Nie każdy jest narcyzem zauroczonym własnym odbiciem.
Rytuały bycia razem, budowanie relacji, zluzowanie napięcia odbywają się poza monitorem, czy tego chcecie czy nie. Tu nie chodzi o zasadność pracy zdalnej, nie o tym jest ten tekst. Chodzi o to, że pełni życia nie da się przenieść do online’u. Słyszeliście o hikikomori? Ci młodzi i dojrzali mężczyźni izolują się od społeczeństwa i czasem także najbliższych, zamykając się w swoim mieszkaniu, ba! W swoim pokoju na miesiące, potem lata pozostając w kontakcie ze światem zewnętrznym tylko przez internet. Jest to zaburzenie, diagnozowane i… leczone. Usunięcie się z życia społecznego prowadzi do chorób psychicznych, bo to nie one są źródłem izolacji, lecz jej skutkiem!
I teraz dochodzimy do momentu, w którym nie odkrywam Ameryki, ani nie rewolucjonizuję socjologii. Mówię tylko głośno to, co część z Was na pewno bardzo chce usłyszeć: wychodzicie! Mam propozycję pobudzającą i korzystną dla ciała i psyche. Burleskę**! Zasiadacie wygodnie na widowni, a dla Was na scenie, na żywo, dzieją się same przyjemne rzeczy. Nie jesteście w klubie go-go, a jednak na Waszych oczach z performerów i performerek spadają kolejne elementy stroju. Bywa grzecznie, są strusie pióra, cekiny, brokat, taniec, klasyka. Bywa niegrzecznie, na scenie płonie prawdziwy ogień, lecą iskry ze szlifierki, w ruch idą pejcze, lateks i mnóstwo gadżetów z piekła rodem. Niewiele musicie włożyć, by wyjąć znacznie więcej! Oczywiście energii. Ktoś za Was odwala robotę, buduje klimat, bawi Was, wywołuje inteligentne dyskusje (konferansjer) wyłącznie na lekkie tematy. Jedyne czego się od Was wymaga, to głośne reakcje (klaskanie, mogą też być piski, głośne zachwyty) w momentach, gdy performerzy odsłaniają ciało, gdy dzieją się cyrkowe akrobacje, albo leje się woda lub piana po ciałach performerów. Dress code: zalecany strój wieczorowy, jednak wygodny, a poczujecie się wyjątkowo, bosko! I wciąż komfortowo. Niekoniecznie odświętna piżama do oglądania Netflixa, chociaż podejrzewam, że taki strój nie zrobiłby negatywnego wrażenia na sali.
Stosuję burleskową terapię od 3 lat.
Zakochana w burlesce po zobaczeniu ledwie jednego show, niedługo potem otworzyłam pierwszy dom burleski w Polsce. Na ponad 150 zorganizowanych show, ominęłam tylko jedno (byłam w szpitalu). Z przyjemnością patrzę na tę niesamowitą… zarazę -zarażam innych ludzi bezpretensjonalną radością, widzę, że ich życie co czwartek, co show nabiera nowego, pysznego smaku.
logo
Red Juliette, numer "Golden Butterfly". fot. Emilia Lyon, miejsce: Worek Kości

Kiedy już oderwiecie się od monitora i kiedy oczywiście Warszawa powróci przynajmniej do tzw. żółtej strefy, wpadajcie na burleskę, wpadajcie do mojego Worka Kości.
Tu możecie być sobą i to bardzo głośno, to jedyne, czego od Was się oczekuje.
Tak zmieniłam własne życie, na pełniejsze i prawdziwsze.
*Badania nad skutecznością wciąż trwają, na razie wszystko wskazuje na wysoką efektywność zalecanych przez mnie środków. Nie mogę w tej chwili obiecać wpisów do paszportów immunologicznych.
**Burleska wywodzi się z plebejskich zabaw, parodiowania tematów sztuki poważniejszej. Przechodziła wiele przemian w XIX wieku, a teraz święci triumfy w Ameryce i Europie. To show, na które składają się występy wielu performerów, ma wiele odmian, inspiracji ze sztuki ulicznej, cyrkowej, operowej, teatralnej. Performer rozbiera się, choć nie zawsze i nigdy do końca, a podczas występu opowiada jakąś historię tańcem, rekwizytami, muzyką, przechodzi zaskakującą przemianę.