Rinke Rooyens rozmawia z M. Pachałą podczas premiery książki "Rinke za kratami"
Rinke Rooyens rozmawia z M. Pachałą podczas premiery książki "Rinke za kratami" Wydawnictwo Zwierciadło

REKLAMA
Dzień 4.
– Słuchaj, ja normalnie rozmawiam z tymi ludźmi. Zwierzam im się, tłumaczę, czasem jestem psychologiem, czasami kumplem. Nie wiem, czy to dobrze. Jak myślisz?
Byłem w gabinecie Małgorzaty Pachały, zastępczyni kierowniczki działu penitencjarnego. Poznałem ją kilka dni temu. Energiczna, pełna pasji, bardzo pracowita. Od początku złapaliśmy dobry kontakt. Obserwowałem ją podczas rozmów z osadzonymi, widziałem, jak szybko potrafi rozwiązywać ich problemy, jaka jest skuteczna. Od razu zaczęliśmy mówić sobie na ty. Wydawało się zresztą, że ona ma zbyt dużo rzeczy do zrobienia, żeby dbać o jakieś nic nieznaczące konwenanse. Teraz, słysząc moje pytanie, uśmiechnęła się.
– A jak masz z nimi rozmawiać? Takie szczere spotkania najwięcej dają w resocjalizacji skazanych. Oni tego potrzebują. Najgorsze jest to, że kadry jest tak mało, że nie zawsze mamy czas, żeby z każdym pobyć, nad każdym się pochylić. A zdarza się, że nawet najbardziej problemowy osadzony, kiedy się z nim spokojnie rozmawia i wysłuchuje go, potrafi się uspokoić, wyciszyć. Kończą się awantury, a zaczyna praca nad sobą.
Pachała pracuje w Krzywańcu od 2001 roku. I wcale nie musiałem pytać, czy lubi swoją pracę. To było widać od razu. Zresztą przeszła tu przez niemal wszystkie stanowiska więziennej hierarchii. Początkowo pracowała jako oddziałowa w pawilonie dla kobiet.
– Na zmianie byłam z koleżanką i miałyśmy pod sobą około 200 kobiet. A najgorsze było to, że na oddziałach półotwartych cel nie zamykało się wtedy nawet na noc. Pracowałam na dwunastogodzinnych dyżurach. I wiadomo było, że jeśli wypadła mi nocka, to o spaniu nie mogło być mowy. Najtrudniej było, kiedy służba wypadała w Sylwestra. Wtedy w sali organizowało się zabawę. Oczywiście nie było szampanów, ale muzyka, jedzenie. W końcu skazane też chciały uczcić koniec roku. Rozumiałam to, ale ciężko było upilnować rozbawione dziewczyny.
Nigdy jednak na jej zmianie nie doszło do żadnego wypadku.
– Pamiętam za to, jak na początku służby asystowałam innej pani wychowawczyni. Wtedy nie można było otwierać cel w nocy, mógł to robić tylko główny oddziałowy kluczem. Nocą zaglądało się więc do cel tylko przez wizjer. I szłyśmy w środku nocy przez korytarz i zaglądałyśmy do każdej z cel. I nagle oddziałowa krzyczy: „Powiesiła się!”. Podbiegam do niej, sprawdzam i widzę, że rzeczywiście kobieta powiesiła się na prześcieradle zawieszonym o górną poręcz piętrowego łóżka. Zadzwoniłyśmy po szefa, przybiegł, a oddziałowa mówi: „Ja jestem szczuplejsza, więc ja wbiegnę pod łóżko i podniosę ją za nogi do góry, a ty szybko wskakuj na łóżko i przetnij sznur”. Tak zrobiłyśmy, kobietę udało się uratować. Inna więźniarka kiedyś trafiła do nas za brutalne zamordowanie męża. Była bardzo zamknięta w sobie. Nie było z nią kontaktu. Pani psycholog mówiła tylko, że bardzo przeżywa swoją zbrodnię, że nie może sobie z nią poradzić. I któregoś dnia pokłuła sobie igłą oko. Trzeba było ją helikopterem przetransportować do szpitala, bo ułamki sekund decydowały o tym, czy lekarze zdołają uratować jej wzrok. Już później do nas nie wróciła. Nie wiem, czy operacja się powiodła.
Pachała pracowała też jako wychowawca na zamkniętym oddziale dla mężczyzn:
– Nie wiem, czy łatwiej pracuje się z mężczyznami czy z kobietami. Chyba nie można tego rozgraniczyć. Po latach spędzonych na kobiecych oddziałach byłam przekonana, że z mężczyznami będzie łatwiej. Kobiety często były o siebie zazdrosne, plotkowały, pisały donosy. Byłam pewna, że mężczyźni tego nie robią. Okazało się, że nie miałam racji. Oni potrafią być jeszcze bardziej humorzaści niż kobiety. Uważam, że jeśli ktoś ma trudny charakter, to po prostu będzie stwarzał problemy i tyle. Płeć nie ma tu nic do rzeczy.
Opowiedziałem jej o moim spotkaniu z Kasią i Damianem. Ciekaw byłem, czy wiele związków zawartych w kryminale kończy się happy endem.
– Kobiety na pewno częściej się zakochują. Poza tym one są dużo bardziej skłonne do związków biseksualnych. Bywa, że przyjeżdża do nas bardzo dziewczęca skazana, a po kilku latach zmienia się nie do poznania. Wchodzi w lesbijski związek i kiedy wychodzi na wolność, to bardziej przypomina mężczyznę niż kobietę. Zmiana orientacji seksualnej bardzo często odbywa się w oddziałach kobiecych, tymczasem w męskich zupełnie się nie zdarza. Przynajmniej ja nie znam takiego przypadku. Jeśli chodzi o związki małżeńskie, to niestety, zauważyłam, że zazwyczaj kończą się razem z zakończeniem kary jednego z małżonków. Najgorzej jest, gdy mąż lub żona wychodzi na wolność, a druga osoba zostaje w kryminale jeszcze na kilka lat. Trudno jest taki związek utrzymać. Niedawno jednak spotkałam w mieście kobietę, która prowadziła wózek z małym dzieckiem. Obok niej szły jeszcze dwa szkraby. „Dzień dobry, pani kierownik”, powiedziała, a ja dopiero po kilku chwilach poznałam, że to była osadzona. Okazało się, że właśnie ona brała ślub w więzieniu. Po wyjściu na wolność i ona, i mąż znaleźli pracę, zamieszkali razem, a później urodziły im się dzieci. W przypadku miłości nie można generalizować. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie los – powiedziała.
A ja pomyślałem, że Kasia jest tak niepewna Damiana, bo widocznie tyle nasłuchała się o więziennych związkach, że trudno jej było uwierzyć, że z nią będzie inaczej. Miałem jednak nadzieję, że w końcu pokona swój lęk. Od tego wiele w ich związku zależało.
(…)
"Rinke za kratami", Wydawnictwo Zwierciadło, 2015