Dwa dni dzielą nas od momentu, w którym zaprzysiężony zostanie szósty prezydent III Rzeczpospolitej Polskiej - Andrzej Duda. Przejmuje urząd od ustępującego Bronisława Komorowskiego i tym samym rozpoczyna okres rządów sygnowanych duchem Prawa i Sprawiedliwości. To, że Platforma Obywatelska jest bliska przegrania jesiennych wyborów parlamentarnych tylko potęguje mniej lub bardziej ukrywany strach przed samodzielnymi rządami PiSu. Też się tych rządów boję.
REKLAMA
Niezależnie od tego, że prezydentem będzie Andrzej Duda, a kandydatką na premiera jest Beata Szydło (co jest akurat naturalną konsekwencją jej osobistego wielkiego sukcesu jakim była prezydencka kampania, a nie jej cnót, zalet i umiejętności) faktem jest, że już od piątku ton, coraz silniejszy, w polskiej polityce nadawać będzie Jarosław Kaczyński. Głos spragnionych władzy działaczy PiS nabierać będzie na sile im bliżej będzie ogłoszenia wyników jesiennych wyborów. I to właśnie Jarosław Kaczyński i skryci za nim Antoni Macierewicz, Krystyna Pawłowicz i inni głośni i kontrowersyjni politycy budzą strach dużej części polskiego społeczeństwa. Nie tylko zresztą jego. Coraz głośniej strach ten wyrażają również media i politycy naszych zachodnich sąsiadów – bo to, że nastąpi schłodzenie relacji na linii Warszawa-Berlin jest niemal pewne.
Boję się rządów PiS ze względu na rewanżyzm, jakiego możemy się spodziewać od pierwszych dni objęcia urzędów przez nowych gospodarzy. Boję się, że w narracji politycznej znów pojawią się „sitwy, układy”, że katastrofa smoleńska – tragedia całej Polski i Polaków – zostanie w jeszcze większym stopniu zawłaszczona przez otoczenie Jarosława Kaczyńskiego, a chęć zemsty za śmierć jego brata będzie determinować nie tylko jego retorykę, ale i faktyczne działania. Tym razem podparte aparatem państwowym. Boję się także niezliczonych i obliczonych jedynie na zdobycie politycznego poparcia obietnic gospodarczych, które skierowane do realizacji zrobią z Polski już nie tylko Budapeszt, ale i w dodatku Ateny. Przeraża mnie robienie z Polski społecznego zaścianku (wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji, in-vitro, szykany wobec homoseksualistów, wycofanie się z konwencji antyprzemocowej, całkowite pominięcie spraw związków partnerskich) w tak szybko zmieniającym się świecie. Obawiam się wzrastającego wpływu Episkopatu i Kościoła Katolickiego na politykę i nasze codzienne życie. W końcu boję się zwyczajnie nieodpowiedzialnie prowadzonej polityki, której schamienie od czasu poprzednich rządów PiS (2005-2007) narasta z każdym rokiem umacniania się PiS w opozycji.
Polska często przedstawiana jest na zachodzie jako wzór przemian jakie przeszedł świat po upadku żelaznej kurtyny, ale w oczach Prawa i Sprawiedliwości nasz kraj jest ruiną. Osiem lat, które minęły od porażki PiS w 2007 roku przedstawiane są w retoryce tej partii jako czas dramatycznie stracony, niewykorzystany, zmarnowany. A przecież by zadać kłam temu co działacze partii Kaczyńskiego mówią wystarczy spojrzeć na autostrady, rewitalizowane centra miast, remonty dróg i kolei, nowe linie tramwajowe oraz nowe tramwaje i pociągi, rozejrzeć się jakie domy powstają na obrzeżach miast i jakimi autami jeżdżą Polacy. Aby zrozumieć, że powinniśmy się poważnie bać Prawa i Sprawiedliwości, Andrzeja Dudy, Jarosława Kaczyńskiego i jego przybocznej gwardii wystarczy z czystą głową spojrzeć na nasze otoczenie. Przestać słuchać jadu sączącego się z TV Trwam i Radia Maryja, sejmowych ław Prawa i Sprawiedliwości i ust „rzeczników zmiany” jak Mariusz Błaszczak czy Marcin Mastalerek.
Nie chcę żyć w kraju, w którym trzeba się bać własnych sąsiadów – pilnować słów, myśli, zachowań – nawet nie robiąc niczego złego. Straszna wydaje mi się perspektywa pięcioletnich narodowo-socjalistycznych rządów o fundamentalistycznych zapędach.
