Pierwszy jest byłym bramkarzem i napisał książkę „Fucking Polak. Nowe życie”. Drugi jest dziennikarzem sportowym, dla którego „Futbol i cała reszta” to druga książka. Wydawałoby się, że połączenie powyższych pozycji to jakiś absurd i więcej je dzieli niż łączy. Zanim poznałem treść obu, też tak myślałem.

REKLAMA
„Fucking Polak. Nowe życie”
Książka, jak twierdzi sam autor, powstała (przy współpracy z Izabelą Koprowiak), aby po raz pierwszy w Polsce (i ostatni) przedstawić jego historię. Historię, znaną większości (również piszącemu te słowa) z doniesień medialnych. Poszatkowanych, niejednokrotnie niekompletnych i dosyć często przedstawionych w formie jednostronnej opowieści sensacyjnej. Wydawało się zatem, że nie ma lepszej okazji, aby poznać prawdziwe losy (lub przynajmniej historię z „jego strony”) tego, byłego już bramkarza, który wiele lat spędził w Danii, gdzie stał się jednym z najlepszych obcokrajowców grających w ich lidze piłkarskiej. Człowieka, który został oskarżony o pobicie żony, a po napisaniu autobiografii wyrzucony z klubu. Człowieka – będącego czynnym sportowcem - u którego zdiagnozowano niewydolność nerek.
Niestety, książka jest chaotyczna. Skaczemy pomiędzy datami, przemykamy pomiędzy dygresjami. Raz jesteśmy w Danii, aby za chwilę znaleźć się w Polsce. Historia skacze jak konik szachowy, tyle że nie jesteśmy w stanie przewidzieć gdzie kolejna strona nas zaniesie. Do przyszłości, przeszłości, do Danii, a może do Polski? To tak, jakby potrząsać pudełkiem z puzzlami i liczyć, że same się ułożą. Niestety nie ułożyły się. Po zakończeniu czytania w głowie pozostał tylko jeden wielki chaos i tylko szacunek do słowa drukowanego powstrzymywał mnie przed wyrwaniem poszczególnych kartek i ułożeniu ich tak, żeby uporządkować historię.
Wydaje się, że nawet sam autor pogubił się w trakcie tworzenia książki. We wstępie pisze, że chce w niej przedstawić swoją historię, tymczasem w ostatnim rozdziale dowiadujemy się, że powstała, aby „… pomóc ludziom, którzy chorują na nerki …”. Jedno nie wyklucza drugiego, ale taka właśnie jest ta książka. Jakby zbiór chaotycznych myśli, zamkniętych w okładce.
„Futbol i cała reszta”
To zupełnie inna pozycja. Autor chronologicznie i z chirurgiczną dokładnością przeprowadza nas przez kolejne etapy życia grupki chłopców, a potem młodzieńców. Poznajemy ich jako dzieciaki i razem z nimi „spędzamy” 21 lat. Każdy rozdział to rok ich życia. Kolejny rok. Razem z nimi doroślejemy, dojrzewamy i przechodzimy kolejne etapy życia. Właśnie, życia. A gdzie futbol? Przecież to książka „Futbol i cała reszta”. Wiem, że nie powinno oceniać się książki po okładce i tytule, ale - nie oszukujmy się - okładka i tytuł jest oknem do książki. Jeżeli zajrzenie przez okno nie zainteresuje nas, nie będziemy chcieli wejść do środka. Tytuł obiecuje coś zdecydowanie innego, niż dostajemy na zapisanych kartach książki. I od razu dodam, że to dobrze. Mamy ponad 300 stron całej reszty i tylko gdzieś tam daleko w tle majaczy futbol. Futbol, którego nawet jakby nie było, nie miałoby to żadnego wpływu na książkę.
Niejako tłumacząc wydawcę, Przemysław Rudzki jest znany przede wszystkim jako dziennikarz i komentator sportowy. Pewnie wydawca doszedł do wniosku, że takie „wsparcie” się futbolem przyczyni się do sukcesu książki. Być może, ale zdecydowanie tytuł nie nawiązuje do zawartości i opowiedzianej historii. A czy przyczynił się do sukcesu? Nie wiem. Wiem jednak, że każdy kto wziął ją skuszony obietnicą tytułu, będzie rozczarowany historią, natomiast ten który pominął ją na półce ze względu na „futbolowy tytuł” (bo nie interesuje go kolejna książka o piłce kopanej) powinien jak najszybciej wrócić do księgarni, odszukać ten tytuł i … zacząć czytać. Dopiero wtedy przekona się, co tak naprawdę ma do przekazania ta pozycja.
Książka ta ma jeszcze jeden niewątpliwy atut, który wyróżnia ją na tle innych. Zostaje w pamięci. Jeszcze jakiś czas po jej zakończeniu „kołacze się po głowie” roztaczając aurę odbytej przejażdżki po jej kartach.
Książki terapeutyczne
Co zatem łączy obie pozycje? Jak napisał Krzysztof Stanowski (dziennikarz sportowy i autor paru książek): „… z moich obserwacji wynika, że książki pisze się z dwóch powodów – albo z próżności, albo dla pieniędzy (czasami te dwa powody występują razem)…”. Przy powyższych tytułach pojawił się powód trzeci – terapia. Nie dla czytelnika, ale dla autora. Tak, jakby leżał na kozetce u psychologa i próbował zamknąć etap swojego życia, aby móc dojść do wewnętrznego oczyszczenia i z „czystą kartą” dalej w podskokach przemieszczać się przez życie. Jak to w życiu. Jeden opowiada chaotycznie skacząc z tematu na temat, drugi metodycznie odsłania zakamarki swojej świadomości. Z każdą kolejną stroną zapisanej kartki, dążąc do całkowitego rozliczenia i okiełznania przeszłości.
I nieważne, czy książka spotka się dobrym przyjęciem. Nie ważne, czy odniesie sukces (oczywiście, lepiej żeby tak było). Nie ważne czy przyniesie profity finansowe. Najważniejsze jest samo jej powstanie. Każda kolejno zapisywana kartka, przybliżała do osiągnięcia upragnionego celu. A już postawienie ostatniej kropki i wydanie to jakby usłyszeć od lekarza na ostatniej wizycie „jesteś wyleczony”. Mam nadzieję, że w obu przypadkach się udało.