Si vis pacem, para bellum - mówili starożytni Rzymianie. Prawda ta przez wieki obowiązuje pomimo tego, że zmieniają się ustroje, mody, ideologie, systemy. Już wielokrotnie boleśnie przekonaliśmy się również i my o tym, że prawda ta jest brutalną rzeczywistością. Polska jest dzisiaj członkiem najsilniejszego paktu militarnego na globie. Ale czy sam ten fakt pozwala nam zapomnieć o tym, że sojusznicy bronią tylko tych, którzy sami potrafią się obronić?
REKLAMA
Nie ma chyba w dziejach przykładów, aby ktoś ryzykował wojnę w obronie kogoś, kto jest z góry na straconych pozycjach. Jeżeli ktoś uważa inaczej, to proszę mi powiedzieć: ile dywizji wyśle Polska w obronie ewentualnie zaatakowanej Litwy? Litwa od lat kompletnie lekceważyła swoje bezpieczeństwo przeznaczając na nie zupełnie śmieszne pieniądze (1.5% GDP co daje poniżej pół miliarda dolarów rocznie).
Dzisiaj Polska na zbrojenie przeznacza prawie 2% swego PKB co daje sumę prawie 10 mld dolarów rocznie. Jest to sporo (ok. 20. miejsce na świecie). Trzeba jednak pamiętać, że nasze położenie geopolityczne jest podobne jak Tajwanu wobec Chin. I powinniśmy porównywać nasze wydatki zbrojeniowe do wydatków tego kraju, który od lat jedynie swoim siłom zbrojnym (i sojuszowi z USA) zawdzięcza niepodległość. Tajwan wydaje na zbrojenia ponad 2.5% GDP. I wprawdzie Chiny są krajem wielokrotnie silniejszym, to jednak dzięki sprawnym siłom zbrojnym (oraz wyspiarskiemu położeniu), pomimo światowej izolacji, ciągle udaje się im trwać jako niezależne państwo.
Polska znajduje się zarówno w lepszym, jak i gorszym położeniu. Z jednej strony jesteśmy częścią NATO i niekwestionowaną częścią Zachodu, ale z drugiej strony nie jesteśmy wyspą. Mamy również w pamięci, że jeszcze się nie zdarzyło w naszej historii, aby sojusznicy nas obronili przed wrogiem. Owszem, sojusznicy mogą za nas pójść na wojnę i ją na końcu wygrać, ale jak pokazał przykład II Wojny Światowej może nas to zwycięstwo na końcu ominąć. Dlatego też musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: czy stać nas jednak na takie zorganizowanie obrony, aby atak ze strony Rosji (bo żaden kraj inny wokół nas nie ma potencjału do ataku) zakończył się klęską najeźdźcy. I co trzeba aby ewentualna decyzja o takim ataku musiała być mocno ryzykowna.
Trzeba zasadniczo trzech rzeczy: pieniędzy, broni oraz dobrze zorganizowanego społeczeństwa. Miejmy cały czas na uwadze, że agresor zwykle potrzebuje wielokrotnie większych sił od obrońcy. I załóżmy też, że w dzisiejszym świecie użycie broni atomowej ma tak poważne wielopłaszczyznowe globalne skutki, że użycie sił atomowych na lokalną wojnę z Polską, na chwilę obecną Rosji nie opłacałaby się w ogóle.
Zacznijmy więc od pierwszej rzeczy: pieniądze. Publicznie mówię o tym od dłuższego czasu: nasz budżet obronny jest zbyt niski. Oczywiście to prawda, że kraje NATO tną budżety. To prawda, że polski budżet jest w ogóle napięty. Jednak sytuacja obecna wymaga, abyśmy w szybkim tempie zwiększyli wydatki obronne przynajmniej o 25%, czyli do 2,5% PKB. Jeżeli sytuacja się uspokoi, to można to zwiększenie o 7-8 mld złotych powoli ograniczać. Nie możemy się jednak zachowywać tak, jak podczas pokoju!
Zapowiedź prezydenta Komorowskiego, że w 2016 zwiększymy wydatki do 2% PKB jest absolutnie niewystarczająca. Rosja wydaje ok. 60 mld USD rocznie. Po drugie zacznijmy (do stu piorunów!) kupować jakąś broń, a nie tylko rozpoczynać przetargi, które będą miały czas realizacji 10 lat. Możemy tyle czasu nie mieć. Najbardziej niebezpieczny czas to właśnie te 10 lat. Ponadto pamiętajmy doświadczenia z 1920 r. Teraz każdy chętnie weźmie pieniądze, ale w razie jakiś poważnych awantur możemy być - podobnie jak dzisiaj Ukraina - postawieni w sytuacji, gdzie nikt nam nie będzie chciał sprzedać broni, bo będzie się bał retorsji rosyjskich. Broń trzeba kupować taką, która działa i która jest szybko do wdrożenia. Jeżeli np. mamy norweskie systemy rakietowe już na służbie, to należy np. kupić ich dodatkowo dziesięć - pod warunkiem dostawy w ciągu kilku lat.
Jeżeli chcemy mieć okręty podwodne, to kupmy je działające i pływające. Na ich wyprodukowanie może nie być czasu. Proponuję też, aby decyzje tego typu odebrać MON. Urzędnik z natury rzeczy boi się decydować i stąd procedury ciągną się w nieskończoność. Powinien zostać powołany zespół składający się z czterech najważniejszych generałów, ministrów SZ, SW oraz ON, Prezydenta i premiera, który ma szybko i bezprzetargowo podejmować decyzję. Oprócz zakupów zagranicznych należy zwiększyć produkcję broni rodzimej, którą w pewnych obszarach mamy całkiem niezłą i powołać nowe jednostki wojskowe do ich obsługiwania. To pozwoli również zachować dużą część wydatków w kraju. Nie jestem przeciwnikiem koncepcji "Polskich kłów", ale tylko w tym obszarze, który pozwala odpowiedzieć na ataki z najbliższego otoczenia i ewentualnie wymusza przy ewentualnych decyzjach o agresji konieczność przejścia do schronów urzędów centralnych w Moskwie. Zawsze podejmowanie decyzji o ataku np. na Ukrainę byłoby trudniejsze, gdyby Ukraińcy mieli broń zdolną zburzyć Kreml.
I wreszcie trzeci aspekt - społeczeństwo. Polska produkuje dobrą broń strzelecką, artyleryjską, miny oraz zestawy przeciwlotnicze. Zakupiliśmy i wdrożyliśmy sporo dobrej broni przeciwczołgowej. Te wszystkie elementy pozwalają szybko rozbudować terytorialną obronę. Przy obecnym zapale społecznym takie rozbudowanie, chociażby w oparciu o grupy strzeleckie, harcerskie, rekonstrukcyjne itp. nie powinno być trudne. Jeden jest warunek: musimy odejść od ciągle obecnego pacyfizmu, który zatruwa poglądy naszych elit. Proponowałbym konkretne zmiany prawne np. w odniesieniu do nawoływania do dezercji, które było obecne w wypowiedziach niektórych lewicowych polityków. Głoszenie takich poglądów winno się kończyć na ławie oskarżonych. Już dzisiaj wiemy, że ZSRR finansowało większość grup pacyfistycznych na Zachodzie podczas Zimnej Wojny. Nawoływanie do dezercji, sianie defetyzmu itp. musimy wyeliminować.
Ten jest niepodległy, kto chce nim być. Musimy po raz kolejny udowodnić, że Polacy chcą niepodległości i że są gotowi za to zapłacić. A jeżeli będziemy posiadać zdolność samodzielnego powstrzymania przez długi czas agresji rosyjskiej, to nigdy się ona nie zdarzy, a nasze relacje może nawet się poprawią. Tak jak większość Polaków patrzyłem z ogromną nadzieją na wiekopomny akt Patriarchy Cyryla i arcybiskupa Michalika, który miał być pierwszym krokiem pojednania polsko-rosyjskiego. Może dożyjemy realizacji tej idei. Na dzień dzisiejszy jednak pamiętajmy, że w świecie szanuje się tylko tych, którzy są silni. Chcesz pokoju - szykuj wojnę!
Wpis pochodzi ze strony Roman Giertych - strona oficjalna
