
Jak Kościół śmie występować przeciwko gender, skoro żadna z grzmiących ambon nie zadała sobie trudu, żeby zajrzeć do książek i sprawdzić z czym walczą?
REKLAMA
Na uniwersytecie w Padwie, wewnątrz Palazzo del Bo, stoi pomnik z marmuru.
Łatwo go przeoczyć. Wzrok, mimo woli, skupia się na bijących ze ścian nazwiskach wielkich uczonych.
Statua stoi od 1895 roku, skromnie schowana w jednym z bocznych korytarzy. Przedstawia, bodaj, najniezwyklejszą postać w historii nauki nowożytnej. Należy do matematyka, filozofa i teologa. Nie byłoby większych powodów do zdumienia gdyby nie fakt, że... przedstawia kobietę. Pierwszą, w dziejach, kobietę z tytułem doktorskim.
Nazywała się Elena Cornaro Piscopia. Uchodziła za nieprzeciętnie inteligentną i utalentowaną. Znała matematykę, filozofię i teologię. Mówiła siedmioma językami. Zdobyła tytuł "Oraculum Septilingue” (Mistrz Siedmiu Języków).
Elena miała sporo szczęścia – urodziła się w 1646 roku, w bajecznie bogatej rodzinie weneckiej. Dzięki pieniądzom i mądrości ojca trafiła na uniwersytet. A działo się to w czasach, kiedy powszechna rola kobiet ograniczała się do rodzenia dzieci i zamknięcia w domu.
Siedemnastowieczny Uniwersytet Padewski był niezwykłym miejscem. Dzięki finansowemu wsparciu Republiki Weneckiej, w miarę niezależnym od wpływów Kościoła. Mimo to, obecność Eleny w murach uczelni była taką sensacją, że do Padwy zjeżdżali uczeni z całej Europy. Przyjeżdżali sprawdzić, czy rzeczywiście kobietę stać na więcej niż rodzenie dzieci i służenie rodzinie.
Przewodniczka, którą spotkałam na Uniwersytecie, z przejęciem opowiadała o debacie z 1677 roku. To wtedy Wielka Włoszka dyskutowała o teologii z najpotężniejszymi umysłami ówczesnej Europy. Dodajmy, że prowadziła dyskurs w klasycznej łacinie i grece, w obecności mężczyzn-naukowców i Senatu Wenecji.
Dyskusja zakończona niewyobrażalnym sukcesem Eleny była dla męskiego świata nauki takim szokiem, że rok później – w czerwcu 1678 roku Kolegium Filozofów i Lekarzy przyznało jej tytuł doktorski. Piscopia marzyła o doktoracie z teologii. Zablokował go Kościół, obrażony, że do męskiego świata nauki dopuszczono kobietę.
Podczas przyznawania doktoratu, tłum widzów był tak wielki, że nie mieścił się w murach uczelni. Uroczystość przeniesiono do katedry padewskiej.
Osiągnięcia Eleny były spektakularne. Na następny kobiecy doktorat, Uniwersytet w Padwie musiał zaczekać aż do XX wieku.
Od czasów Eleny Cornaro Piscopii niewiele się zmieniło...
Kościół nadal ma problem z ambitnymi, niezależnymi kobietami. Dawniej palił je na stosach. Bez skrupułów mordował nie tylko te, które musiały zapracować na utrzymanie (palono zielarki, położne i tzw. „znachorki” - kobiety które umiały leczyć), ale również te, które chciały się uczyć. W oczach ówczesnego Kościoła – kobieta z książką w ręku to uosobienie szatana.
Dzisiaj kościół nie rozpala już stosów. Dzisiaj po prostu manipuluje faktami i wypacza rzeczywistość. To właśnie Hierarchom zawdzięczamy wszystkie przekłamania dotyczące gender.
Jak ugryźć gender?
Słowo „gender” pochodzi z języka angielskiego i jest używane w dwóch podstawowych znaczeniach jako rodzaj gramatyczny lub odpowiednik słowa sex (co oznacza - płeć). Termin „gender” pozwala odróżnić kwestie związane z płcią od nazywania aktu seksualnego.
Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) definiuje gender jako „... pełnienie uwarunkowanych społecznie - ról, zachowań i aktywności, które dane społeczeństwo uznaje za właściwe dla kobiet i mężczyzn." [1].
Gender nie jest ideologią. Gender jest nauką. Szlachetną nauką o równouprawnieniu kobiet i mężczyzn. Występuje, między innymi, w obronie praw kobiet do edukacji, ochrony zdrowia, ale również uczciwego traktowania na rynku pracy i zapewnienia zarobków adekwatnych do wykształcenia i zajmowanych stanowisk.
Powiedzmy to głośno i wyraźnie – Kościół występując przeciwko gender, występuje przeciwko prawom kobiet do równouprawnienia, występuje przeciwko kobietom.
Gorąco Was proszę, Drodzy czytelnicy – nie mylcie obrony praw kobiet z tanim feminizmem. Problemy, o których mówi gender dotyczą nas wszystkich – również Waszych matek, żon, sióstr i córek.
Posłużmy się konkretami
Zgodnie z danymi „The Global Gender Gap Report 2013”, Polska spadła z 42 na 53 miejsce w rankingu 135 krajów badanych pod względem równości płci.
W Polsce podniesiono wiek emerytalny dla kobiet do 67 roku życia, a zgodnie z danymi raportu, aktywnych zawodowo jest zaledwie 56% kobiet w wieku produkcyjnym (przy 70% mężczyzn z tej samej grupy). Jak, wobec powyższego, zapewnimy kobietom emerytury i bezpieczną starość? Pamiętajmy, że kobiety chcą pracować. Rzecz w tym, że im kobieta jest starsza, tym mniejsze ma szanse na zatrudnienie. Nasz patriarchalny kraj uznaje kobiety 40-letnie za....”stare”.
Jakby tego było mało, Polki zarabiają zaledwie 57% kwot dostępnych mężczyznom, na tych samych stanowiskach i przy podobnym wykształceniu. Polkom nie pomaga nawet fakt, że są lepiej wykształcone niż mężczyźni.
Do ponurego obrazu sytuacji kobiet w Polsce dochodzi jeszcze skrajnie trudna sytuacja demograficzna. Z badań wynika, że w ciągu najbliższych 20 lat ciężar utrzymania starzejących się rodziców spadnie na dzieci. Co, w tej sytuacji, stanie się z kobietami samotnymi, skoro nie ma dla nich pracy, a na wsparcie dzieci nie będą mogły liczyć?
Politycy i Kościół niezwykle chętnie szafują życiem kobiet. Biją na alarm, że katastrofa demograficzna i że niechętnie rodzimy dzieci. O naszym losie najchętniej wypowiadają się... panowie. Widzą nas w domu, przy dzieciach i garach.
Tymczasem, ani słowem nie wspominają, że dla odpowiedzialnej kobiety-matki urodzenie choćby dwójki dzieci oznacza, lekko licząc, 6-letnią przerwę w karierze. Często po takim przymusowym urlopie kobieta nie ma szans na powrót na rynek pracy. Nikt nie wliczy nam tego okresu do przepracowanych lat. Z naszej strony wieloletnia opieka nad dziećmi to czyste poświęcenie.
Inna sprawa, to zupełny brak szacunku dla wysiłku kobiet. U nas o kobiecie „domowej” mówi się z pogardą „kura domowa”. Tak jakby kobieta, która dała życie, wychowuje, dba i kocha swoje dzieci nie zasługiwała na szacunek. Co stanie się z „kobietami domowymi”, kiedy wybuchnie nieuchronny kryzys emerytalny?
Jak, wobec tych faktów, Kościół śmie występować przeciwko gender, skoro żadna z grzmiących ambon nie zadała sobie trudu, żeby zajrzeć do książek i sprawdzić z czym walczą?
Fakt, że niedouczeni Hierarchowie sprowadzają tę osobną dziedzinę wiedzy do seksu i masturbacji świadczy o nich samych. Świadczy o absolutnym braku dobrej woli i wiedzy o realiach prawdziwego życia kobiet. Kościół, z obowiązku, powinien bronić praw słabszych. Kobiety i dzieci są słabsze. Rzecz w tym, że Kościół kobiet nie lubi. Nigdy nie lubił.
Nie umiem zracjonalizować zachowań Kościoła.
Przyszło mi do głowy, że może chodzi o cyniczne odwrócenie uwagi od skandali pedofilskich? A może do naszych Duchownych nie może dotrzeć fakt, że mamy XXI wiek i nieograniczony dostęp do wiedzy? Mamy Internet, a współcześni wierni to już nie są dawne baranki z uwielbieniem spijające biskupie słowo?
Nie wiem. Nie rozumiem - to, że Kościołowi nie jest obcy populizm i odwracanie uwagi od rzeczywistych problemów jest dla mnie jasne. Tylko, dlaczego o gender i losach kobiet autorytarnie wypowiadają się faceci w kieckach? Panowie, za których dach nad głową, obiad i emeryturę płacą wszyscy podatnicy?
Ja, za swoje rachunki muszę zapłacić sama, a na bezpieczną starość – zapracować. Żadna siostra zakonna, ani wierna parafianka nie zrobi za mnie prania i nie posprząta mieszkania. Wobec powyższego – uprzejmie proszę Hierarchów – wara od kobiet, wara od gender.
______________________________
Dla ciekawskich:
Agora – przejmujący film, w reżyserii Alejandro Amenábara, o losach Hypatii, greckiej filozofki i astronomki (żyła w IV wieku n.e. w Aleksandrii). Doskonałym tłem dla filmu jest zetknięcie gnozy i rodzącej się potęgi nowej religii – chrześcijaństwa. Obraz doskonale pokazuje sytuację kobiety w starciu z kościołem.
Postscriptum
Drodzy, Szanowni Czytelnicy
Wybaczcie proszę, że nie nadążam odpowiadać na wszystkie komentarze. Ponieważ często pojawia się zarzut dotyczący "taniego feminizmu", pozwolę sobie wyjaśnić swoje intencje.
Wybaczcie proszę, że nie nadążam odpowiadać na wszystkie komentarze. Ponieważ często pojawia się zarzut dotyczący "taniego feminizmu", pozwolę sobie wyjaśnić swoje intencje.
Z całego serca popieram wszelkie działania mające na celu zrównanie i obronę praw kobiet. Epitet "tani" odnosi się wyłącznie do dyskursu z Kościołem nt. gender.
Szkoda, że Panie pozwoliły Kościołowi strywializować problem i sprowadziły go do "seksu", "masturbacji" i przebieranek. Wielka szkoda. W tym sensie uważam polemikę o gender za tanią, płaską i czysto ideologiczną.
Proszę, bardzo Was proszę - nie czepiajcie się słów - porozmawiajmy o kobietach, dobrze?
