Codziennie słychać, że Europa ma dość oszczędzania, że przyczyną dzisiejszych problemów Grecji są cięcia, że zupełne pominięto aspekt wzrostu gospodarczego. W trakcie weekendowego spotkania G8 w Waszyngtonie Angela Merkel była pod obstrzałem zwolenników tzw. promocji wzrostu, Niemcy są bowiem symbolem dobijających gospodarkę oszczędności. Biedna Angela, nie dość, ze jej wyborcy mają dość finansowania zadłużonych krajów Południa, to jeszcze ze strony przywódców świata narasta presja aby spuściła z tonu i poluzowała reguły fiskalne. I jeszcze zgodziła się na euro obligacje (które efektywnie przecież też musieliby gwarantować Niemcy). Do tego jeszcze dochodzi wygrana Francois Hollande'a pod hasłem wspierania wzrostu jako alternatywie dla oszczędności. Ale czy to naprawdę jest alternatywa?

REKLAMA
Trudno jest znaleźć przywódcę który byłby przeciwny wspieraniu wzrostu. Jak można nie wspierać czegoś na czym wszystkim zależy? Problem tylko polega na tym, że wzrostu gospodarczego nie da się zadekretować. Politycy najczęściej używając tego typu haseł mają na myśli pompowanie pieniędzy publicznych w gospodarkę. Prezydent Obama chyba wciąż w to wierzy, szczególnie, że wolno rosnącą amerykańską gospodarkę na krótko można pobudzić wydatkami publicznymi. Po to aby wygrać wybory. Pamiętajmy jednak, ze po wyborach czas płynie dalej i dzisiaj - po kilku latach kryzysu - widać jak nieskuteczne i zarazem groźne może być tworzenie strategii wzrostu w oparciu o wydatki publiczne i zadłużanie państwa. A dodatkowo, obecnie, mało też kogo na taką politykę stać. Stąd pytanie, jak tak naprawdę miałaby wyglądać polityka wspierania wzrostu w dobie nadmiernego zadłużenia większości europejskich państw?
Strategia polegająca na wywołaniu dodatkowego popytu w gospodarce poprzez wzrost wydatków rządowych znana jest od lat 30-ych. Gdyby jednak było to takie proste, większość krajów ładowałoby pieniądze państwowe w różnego rodzaju przedsięwzięcia a świat byłby szczęśliwą krainą mlekiem i miodem płynącą. Ale, wydatki publiczne z czegoś trzeba finansować: albo z podatków, albo z długu - czyli przyszłych podatków. Jeśli więc wydatki te wspierają wzrost w fazie ich wydatkowania, a nie tworzą lepszych warunków do rozwoju później, pieniądze takie są wyrzucone w błoto. A ciężko jest znaleźć w obszarze zamożnych krajów projekty inwestycyjne zapewniające generowanie potencjału wzrostowego w okresie kiedy inwestycje realizowane z pieniędzy publicznych.
Z drugiej strony społeczeństwa przywykłe przez lata do dobrobytu i mamione przez polityków obietnicami bez pokrycia nie są skłonne zaakceptować pogorszenia warunków życia. A nawet jeśli, tak jak we Włoszech w pierwszych miesiącach urzędowania premiera Monti’ego, to chwilę później oczekują szybkich rezultatów podejmowanych reform. Doświadczenia międzynarodowe w tym obszarze pokazują jednoznacznie, że głęboka i szybka dawka reform jest znacznie lepsza niż rozciągane w czasie poprawianie systemu. Ciekawe są doświadczenia włoskie, gdzie w ciągu pierwszego miesiąca urzędowania nowemu premierowi udało się podwyższyć wiek emerytalny, bez większych protestów społecznych. Dzisiaj jest im znacznie trudniej przeprowadzać dalsze reformy, minął bowiem okres miodowy nowego rządu, społeczeństwo uznało, że już wystarczy, a presja rynkowa zmalała. Teraz w obliczu greckiego chaosu znów rynki mogą wymóc przyspieszenie niezbędnych reform zarówno we Włoszech jak i w innych krajach Południa. Negatywnym przykładem odkładania reform jest Hiszpania, gdzie niekonsekwentne wprowadzanie niezbędnych zmian systemowych, a w szczególności odkładanie głębokiej restrukturyzacji portfela bankowego doprowadziło do tego, że dzisiaj Hiszpania jest w kolejce tuż za Portugalią do ewentualnej restrukturyzacji długu.
Przyczyną problemów Południa Europy, a w szczególności Grecji, nie jest zbyt duża dawka reform, a wręcz odwrotnie, brak konsekwencji i skuteczności ich wprowadzania. W Grecji w szczególności potrzebna była i jest nadal terapia wstrząsowa. Jeśli nie zrobią tego sami, zrobi to za nich rynek. Odcięcie od finansowania z UE oznacza, że będą musieli wprowadzić równolegle z euro nowy środek płatniczy, który od samego początku będzie tracił na wartości w stosunku do wspólnej waluty, tym samym doprowadzając do drastycznego zubożenia tamtego społeczeństwa. Ta druga alternatywa jest bez wątpienia znacznie gorsza niż konsekwentny plan reform.