Ostatnie pozytywne dane z USA napawają optymizmem. Wzrost miejsc prac poza rolnictwem o 243 tysięcy, a w sektorze prywatnym o 257 tysięcy bardzo pozytywnie świadczy o ożywieniu na rynku pracy. Mając na uwadze, że przyzwoita dynamika w tym zakresie utrzymuje się już od kilku dobrych miesięcy można być lekkim optymistą co do perspektyw amerykańskiej gospodarki

REKLAMA
Dane z rynku pracy charakteryzują się dużą niedokładnością pierwszego odczytu, niemniej nawet przy ich rewizji w dół nadal zakładać całkiem przyzwoitą miesięczną dynamikę przyrostu miejsc pracy (pomiędzy 150 a 200 tysięcy miesięcznie), co oznacza że mamy do czynienia z w miarę stabilnym wzrostem gospodarczym generującym nowe miejsca pracy.
Dynamika wzrostu gospodarczego w USA będzie w najbliższych latach znacznie niższa niż w okresie prosperity w pierwszej połowy poprzedniej dekady. Tamto ożywienie bazowało jednak na utrzymywanych zbyt długo niskich stopach procentowych i na sztucznie nakręcanym boomie na rynku nieruchomości. Dzisiaj warunki dla wzrostu gospodarczego są znacznie trudniejsze. Przede wszystkim dlatego że USA są obciążone znacznie wyższym długiem publicznym, który nie dość że trzeba na bieżąco spłacać, ale jeszcze obniżać jego relacje do PKB. Po drugie wnioski z kryzysu finansowego są dość jasne - zbyt długie utrzymanie stóp procentowych na za niskim poziomie doprowadzi prędzej czy później do nadmiernego wzrostu cen aktywów, co w ostatecznym rozrachunku skończy się nowym kryzysem. Jeśli więc ten optymizm uzyska kolejne potwierdzenie w danych makro, to FED będzie musiał wycofać się z deklaracji kolejnego wsparcia monetarnego. Być może też za jakiś czas zmieni swe stanowisko o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie do 2014 roku. Optymizm o którym mowa nie bierze się wyłącznie z ostatnich danych o rynku pracy, ale również z danych dotyczących PKB jak i wskaźników wyprzedzających koniunktury. Jednak aby mówić o silnej trwałej tendencji kilka miesięcy jeszcze należałoby poczekać.
Zmiana deklaracji FED zarówno co do poluzowania monetarnego jak i utrzymania stóp na niezmienionym poziomie byłaby ważnym czynnikiem zmieniającym parametry rynkowe. Stany stałyby się najatrakcyjniejszym rynkiem z rosnącymi stopami rynkowymi jak również z umacniającym się dolarem. Taka zmiana pomogłaby też Europie zarówno zwiększając jej relatywną konkurencyjność jak i wlewając optymizm wśród europejskich przedsiębiorców, którzy jak kania dżdżu wyczekują trwałych optymistycznych zielonych sygnałów ze świata.
Historycznie, USA wyprzedzały wydarzenia gospodarcze na Starym Kontynencie o jeden do dwóch kwartałów. Byłby to więc bardzo optymistyczny sygnał gdyby pozytywna ocena sytuacji w USA znalazła również wyraz w kolejnych odczytach. Niestety, porównanie sytuacji gospodarczej w USA i Europie w wyjątkowo negatywnym świetle stawia Europę. I to nie ze względu - jak twierdzą to niektórzy - że EBC nie jest tak aktywny na rynku jak FED, ale przede wszystkim dlatego, że w USA dokonano restrukturyzacji i dokapitalizowania sektora bankowego. W Europie nie dość, że jesteśmy dopiero na początku tego procesu to wciąż nierozwiązany jest problem długów państw. O ile zaopatrywanie w płynność przez EBC banków komercyjnych zminimalizowało ryzyko wystąpienia credit crunch, o tyle wiszący jak miecz Damoklesa problem Grecji, czy w kolejce Portugalii, wciąż unosi się nad Europą jak ciemna burzowa chmura z której w każdej chwili może lunąć deszcz. Najlepszym tego przykładem są toczone w tych dniach negocjacje z greckim rządem, w ramach których musi być jak najszybciej rozstrzygnięta skala redukcji greckiego zadłużenia wobec inwestorów prywatnych. Ale nawet po tym porozumieniu nie sposób oczekiwać, ze zanurzona po uszy w recesji Grecja wróci na rynki finansowe. Dług Grecji bowiem będzie nadal narastał, gdyż działania naprawcze podejmowane w tym kraju skupione są wokół podwyżek podatków, a to wraz z korektą zbyt wysokiego wzrostu przez co najmniej ostatnią dekadę oznacza, że przez najbliższe kilka lat słowo recesja będzie najczęściej powtarzanym w tej najstarszej demokracji. Sądząc po tempie w jakim są w Europie podejmowane decyzje, nie spodziewam się aby w zakresie wychodzenia z obecnego kryzysu zadłużenia rok 2012 był przełomowy.
Przełomowy to on będzie w Europie, ale w polityce, będzie to bowiem czas najważniejszych wyborów, szczególnie we Francji. Obawiam się jednak, że tempo podejmowania decyzji na Starym Kontynencie nie zmieni się, a to oznacza, że wydłużenie opóźnienia wychodzenia z recesji w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi. Na decyzję polityków reagują bowiem przedsiębiorcy i widząc bezradność, a czasami chaos a także niejasność strategii będą nadal wstrzymywać się z poważniejszymi inwestycjami.
Tak czy inaczej pozytywne sygnały z USA to dobry znak dla świata. Sporo jednak wody będzie musiało upłynąć w Sekwanie zanim podobnie pozytywnie będzie w Europie. Na pewno nie w 2012. Na otarcie łez pozostaje to, że kierunek kolejnego ruchu ma szansę być pozytywny.
2012-02-07 07:27